Książka (Wyspy bezludne), która wyryła ślad w mojej duszy (?), bez dwóch zdań najlepsza, najważniejsza w moim życiu. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z ilości odmian osamotnienia- dopóty nie przeczytałam, traktowałam je po prostu- jednorodnie.
Czytałam każdą osobno, z przerwami, by każdej dotknąć, poczuć od wewnątrz, doświadczyć dogłębnie. Czuć jej ból , by zrozumieć, która najpewniej jest moja.
Każdy ma swoją mniejszą lub większą wyspę (co bogatsi nawet kilka) i buduje
na niej swoje San Francisco pełne budynków i puste jak Czarnobyl. Toksyczne?
Jej promieniowanie zapewne- powoli zabija, na zewnątrz nie widać jak wyżera powoli, komórka po komórce.
Czy można z nich uciec?
Niektórzy próbują wpław. Zazwyczaj toną w alkoholu.
Monteskiusz tak pięknie to ujął: pająk plecie pajęczynę, jest ona celem i sensem jego życia, tym co zbudował- całym jego życiem, wolnością i niewolą zarazem, bo nie może od niej uciec, poza nią, bez niej nie przeżyje- wyspa bezludna.
Im większa pajęczyna, większa wyspa, tym większa wolność ale i samotność/ osamotnienie.
Czyli osamotnienie/samotność jest wprost proporcjonalna do wolności.
A jeśli spuści tylko jedną niteczkę i będzie tak dyndał? Lewitował? Czekał aż coś się przylepi?
Samotni w tłumie.
Niezrozumienie. Brak empatii?
Głusi. Wielki mały człowiek. Można krzyczeć, zedrzeć gardło, wypluć wnętrzności, i tak nie usłyszą, bo słyszą to, co chcą słyszeć lub co jest wygodne.
Wielki Nikt. Nazwisko: Osamotniony.
21 wysp- oczko.
Wyspy kojarzą mi się z pewną grą internetową- Greepolis- zbieracze wysp, bogaci nieszczęśliwcy, szukający na wyspach tego, czego nie mogą odnaleźć w świecie realnym.
Ucieczka.
Nie pragnę eliksiru długowieczności, pragnę tylko
eliksiru dzieciństwa, by pozbyć się wspomnień,
wśród których jestem jak bezręki w miejscu,
gdzie roi się od much.
Mogłabym też uciec do Azji, w krainę
łagodnie uśmiechniętego Buddy(kimkolwiek on jest)
i nieośnieżonych miast, gdzie ciepłe deszcze
milionami kropel zmywają piasek z oczu,
a sól z pękających warg; lub do dzikiego parku,
w którym zarastają kwiatami ścieżki naszych pustyń,
gdy już wypędzono nas z dworskiego ogrodu naszych marzeń
(Sylvia Plath)
Wyklęci? Przeklęci?
Chyba nie, nie znaleźli tylko zrozumienia, jak wielu w tłumie, którzy ukrywają swoje wyspy, którzy nie odnaleźli kodu dostępu do ludzkiego zrozumienia, bratniej duszy, która chciałaby zamieszkać na tej wyspie, gdzie nie ma okrętów, które zabrałyby ich z tego przeklętego lądu.
Kod. Małe znaczki, wyczuwalne opuszkami palców, niczym Alfabet Braille’a.
Dotyk.
Mały gest.
Tak niewiele a kosztuje tyle wysiłku- odwagi.
Najtrudniejszy pierwszy krok ( śpiewała Jantar), potem można już tworzyć
polichromię
lata świetlne mogą dzielić tylko o milimetr
lub stykać się w miejscu
gdzie krzyżują spojrzenia
dotykamy tych samych liter
by narysować kilka myśli
wyłowionych z głębi
nie ma barier dla słów
przenikną nierówności
żłobiąc doskonaly kształt
możliwości mają granicę
jedynie tam
gdzie nie sięga wyobraźnia
A więc początek i koniec mają jeden punkt. Kołowrót . Saṅsāra.
LAMMA SABAKTHANI!
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, oby w waszym życiu nastąpiły wielkie ruchy tektoniczne , Mała APOKALIPSA i lądy się połączyły:)
Inne tematy w dziale Kultura