Jeszcze przed kilkoma tygodniami lider swojego poparcia nadstawiał dziób do zdjęć jako nowa ikona walki z mową nienawiści. Ba! Wiodący tytuł najpoważniej w świecie drukował jego naprędce wykoncypowane siedem zasad przeciwko mowie nienawiści. Namaszczony wziął udział w wiecu pod pomnikiem zamordowanego przed wojną prezydenta. Mnożył groteskowe deklaracje kpiąc w żywe oczy z ludzi, a zachwycony salon udawał dobrą wiarę, póki kpił z jego wrogów.
Dopóty dzban wodę nosi, dopóki się ucho nie urwie i to się sprawdziło liderowi swojego poparcia. Przekombinował z tą wodą, lał ją bez opamiętania, zapamiętał się w grach i rekwizytach. Pijany powodzeniem stracił kontakt z rzeczywistością, myślał, że wszystko mu wolno. I z dnia na dzień stał się obrzydliwcem, a jego mowa wstrętną. I to pomimo że czerpie wciąż z tego samego źródła – obsceniczny nihilizm.
Subtelny znawca meandrów Gombrowicza zadarł z medialnymi sponsorami. Porwał się na Wandę, inną ikonę, która okazała się ważniejsza. Zawyły feministki na czele ze swoją flagową filozofką; zawrzały mniejszości lesbijskie; zapłonęło oburzeniem całe genderjugend. Liderowi swojego poparcia wyrwało się, że być może jego Wanda podświadomie chce być zgwałcona. Feministki apelują o wzięcie udziału w proteście przeciwko chamstwu lidera, do niedawna uwielbianego jako kwintesencja subtelnego happeningu.
Jego partia matka, perwersyjnie zwana obywatelską, nie znajduje słów potępienia – wstrętny obrzydliwiec, dyskwalifikacja na całe życie. Bo sugerował kobiecie, że oczekuje gwałtu. Ale kiedy sugerował innej kobiecie z innej opcji politycznej, że się prostytuuje, to partia matka milczała jak zaklęta. Rozpoznanie nie potwierdziło chamstwa. Bo to był wtedy ich sukinsyn.
Ikona Wanda sugeruje jego załamanie nerwowe i wysyła go do lekarza; flagowa filozofka poleca mu kozetkę psychoterapeuty. A kiedy latał z plastykowym penisem po redakcjach to był dla nich okazem zdrowia, zaś krytykom zarzucano, że nie znają się na nowoczesnej narracji w życiu publicznym. Dzisiaj już nie jest ich sukinsynem.
Podczas głosowania w kwestii odwołania z funkcji Wandy, co już nie chce obrzydliwca, głos zabrał szef rządu. Według niego głosowanie przeciwko odwołaniu Wandy jest uzasadnione obroną godności kobiety. A to jest ten sam szef rządu, który radził traktować na wesoło i z dystansem, kiedy warszawska wielkomiejska tłuszcza lżyła kobiety modlące się pod krzyżem. A ta tłuszcza przybyła tam na wezwanie także lidera swojego poparcia. Ale wtedy był sukinsynem premiera.
Groteskowy wrzask przeciwko liderowi swojego poparcia ma głębszą przyczynę niż jego obsceniczne chamstwo, które przecież zawsze budziło zachwyt establishmentu III RP. Nie jest to także wyłącznie skutek, że poważył się zadrzeć z ważniejszą od niego ikoną Wandą. Owszem, to ma swoją wagę, lecz nie przesądza dlaczego tak gwałtownie strącono go z piedestału do rynsztoka. Dlaczego akurat po tym wyskoku został nominowany na chama, chociaż od wielu lat zasługiwał na to miano.
Otóż dlatego, że porywając się na Wandę, która dzisiaj się nim brzydzi, niechcący popełnił coś w rodzaju matkobójstwa światopoglądowego. Bo to jego ideologiczna matka była. Bo jest dzieckiem ich wszystkich – także flagowej profesorki, i tych feministek; i partii obywatelskiej, a także Ojca Redaktora. Pod egidą obecnego premiera i prezydenta dawał twarz przemysłowi pogardy. Oni go wyhodowali. Oni go spuszczali ze smyczy. To tak zwani ludzie z biografiami mu klaskali, aż ręce puchły. To pani Janka z Polityki zachwycała się jego gombrowiczowskimi rzekomo happeningami, kiedy obnosił się ze świńskim ryjem. Wtedy był jej umiłowanym sukinsynem.
Jestem pewien, że on nie bardzo rozumie co się stało, być może nie jest tak inteligentny, jak to sugerowano. Na tatusia i mamusię nie wolno się rzucać. Wyrodny syn przechodzi w tej chwili ekspresowe pranie mózgu. Jeśli operacja się nie powiedzie, na zawsze przestanie być ich sukinsynem.
Inne tematy w dziale Polityka