Kiedyś mówiono z podziwem i zazdrością: „Francja-elegancja”. A co dziś powiedzieć o kraju, który właśnie pochował - i to bez większego żalu-demokrację? Lewicowo - liberalne -a może po prostu: globalistyczne? - elity wykorzystując wymiar sprawiedliwości pozbawiły prawa kandydowania na prezydenta Marine Le Pen. Szereg innych polityków jej partii nie będzie mogło natomiast kandydować ani do francuskiego Zgromadzenia Narodowego ani do Parlamentu Europejskiego. Jednak przypadek liderki prawicy jest szczególny i najbardziej spektakularny. Oto lider sondaży w rankingu prezydenckim jest eliminowany drogą decyzji administracyjnej. Szok? I tak - i nie. Przypomnijmy, że ten sam francuski wymiar sprawiedliwości- tyle, że wówczas była to prokuratura - skutecznie zaatakował centro-prawicowego kandydata na prezydenta w wyborach w roku 2017, byłego premiera Francoisa Fillona. W efekcie wygrał ten, który miał wygrać czyli... globalista Emanuelle Macron. Monsieur Macron po dwóch swoich kadencjach kandydować już nie może , ale robi wszystko aby nie dopuścić do władzy Madame Le Pen. Dlatego też rada konstytucyjna, którą kieruje były szef francuskiego parlamentu z partii Macrona, a następnie sąd "odstrzeliły" kandydatkę, która od lat konsekwentnie starała się przesuwać swoją partię do centrum. Być może tym bardziej była więc ością w Macronowym gardle.
Zatem decyzja zablokowania Le Pen szokiem nie jest. Nie jest tym bardziej, że przecież bardzo podobny antydemokratyczny wariant zastosowano w Rumunii. Tylko, że tam „na chama” unieważniono pierwszą turę wyborów prezydenckich w listopadzie 2024. Dlaczego? Bo jej zwycięzca cztery dni (sic!) przed druga turą prowadził w sondażach z poparciem ponad 50% ! W marcu 2025 tegoż kandydata Calina Georgescu po prostu nie dopuszczono do rejestracji, choć nikt nie był w stanie pokazać dowodów na to, że jego kandydatura jest sprzeczna ... z zasadami demokracji i państwa prawa.
Francja robi to samo, ale w może bardziej w białych (?) rękawiczkach. Przede wszystkim nie czyni tego w trakcie kampanii, bo francuska ulica mogłaby tego nie wytrzymać. Robi tak całe dwa lata przed wyborami , co nie zmienia faktu, że trudno o tym drugim co do wielkości populacji kraju Unii Europejskiej i pierwszym pod względem wielkości terytorium państwie UE mówić cały czas w czasie teraźniejszym, że jest to " demokracja". Nie , Paryż przekroczył cienką czerwoną linię dzielącą go od autorytaryzmu ...
A teraz "pro domo nostra": czy po Rumunii i Francji będzie za dwa miesiące Polska ? Oto jest pytanie.
*Artykuł ukazał się na portalu "Do Rzeczy"
historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII, VIII i IX kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister - członek Rady Ministrów, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka