„ostatecznym celem działań polskich wspólnie z Francją będzie ofensywa dla zniszczenia Niemiec… czas tej ofensywy jest trudny do przewidzenia… w każdym razie nieprędko ona nastąpi… fortyfikacje Nadrenii jeszcze ją opóźnią… przez cały ten czas Polska musi wytrzymać główny wysiłek niemiecki i przygotować sobie warunki do strategicznej ofensywy w łączności z Francją”.
Studium Oddziału III Sztabu Głównego
Powyższy fragment pochodzi z opracowania, które powstało w czerwcu 1936 roku. Jest sprawą wobec tego zdumiewającą, że dopiero pod koniec lutego 1939 roku Sztab Główny otrzymał wytyczne Generalnego Inspektora do wojny obronnej z Niemcami. Mniej więcej w tym samym czasie, bo w marcu, obudzili się czołowi polscy politycy. Zapadła wówczas brzemienna w skutkach decyzja polityczna. Sprowadzała się do dwóch punktów. Po pierwsze postanowiono stawić natychmiastowy i zdecydowany opór zbrojny bezpośredniej lub pośredniej agresji Niemiec. Po drugie postanowiono doprowadzić do natychmiastowego i bezpośredniego wystąpienia państw zachodnich po stronie Polski w momencie niemieckiej agresji.
Punkt pierwszy tej decyzji był najważniejszy i definiował właściwie wszystko inne. Polska była pierwszym państwem, które postanowiło się przeciwstawić ekspansji III Rzeszy. Była to decyzja, która określała już wówczas historię kraju. Miała ona oczywiście swoje uwarunkowania i konsekwencje wojskowe, polityczne, społeczne, gospodarcze, kulturowe etc., etc. Biorąc jednak pod uwagę sposób, w jaki hitlerowskie Niemcy oraz ich sojusznicy prowadzili politykę i wojnę, jak i wszystko to, co się działo poza liniami frontów, nie waham się napisać, że był to po pierwsze i przede wszystkim, wybór cywilizacyjny. Wybór, który poparła miażdżąca część społeczeństwa polskiego, które nie wyobrażało sobie, dwadzieścia lat po odzyskaniu niepodległości, kupczenia nią z kimkolwiek. Wszelkie więc dywagacje, co by było, gdyby było, są zatem choćby z tego powodu bezzasadne i oderwane od ówczesnych realiów.
Punkt drugi tej decyzji zakładał, że stanowisko Polski wywoła na Zachodzie otrzeźwienie z imaginacji układania się z Hitlerem. Było to słuszne założenie co do generaliów. Anglia 31 marca i Francja 13 kwietnia udzieliły Polsce gwarancji. Popełniono jednak błąd w szczegółach. Otóż przyjęto do analizy jedną tylko hipotezę, tzn. sytuację natychmiastowej i bezpośredniej skutecznej pomocy sojuszników. Odrzucono przy tym wariant, w którym ta pomoc jest wyhamowana przez choćby niemieckie siły na zachodzie, mające oparcie w fortyfikacjach nadreńskich. Tym bardziej, co oczywiste, nie wzięto pod uwagę trzeciej hipotezy, w której armie państw zachodnich w ogóle pozostaną w defensywie. A były poważne przesłanki, jak choćby zmiany we francuskiej sztuce wojennej, wyrażone w budowie Linii Maginota, by te inne warianty rozważyć. I na nie się przygotować.
Jest to okoliczność, którą ciężko logicznie wytłumaczyć. Zwłaszcza że nie można napisać, iż nie było ludzi, wojskowych, którzy wskazywali na te wspomniane wyżej inne hipotezy. Już w marcu 1936 roku generał Kutrzeba w swoim stadium dla Głównego Inspektora pisał: „Sojusz z Francją jest koniecznością strategiczną dla umożliwienia Polsce odparcia ofensywy w pełni rozbudowanej armii niemieckiej na Polskę. Jednak sojusz ten jest tylko wówczas skuteczny, jeśli mamy pewność, że armia francuska może i chce się bić ofensywnie poza granicami Francji oraz że wojenna izolacja Polski potrwa nie dłużej jak 6 – 8 tygodni”. Niestety nikt z decydentów odpowiednio wcześniej nie przeanalizował tego, o czym pisał trzy lata przed wybuchem wojny generał. Przy czym najważniejszym elementem tego cytatu jest owe „6 – 8 tygodni”. Był to bodajże pierwszy moment i autor, który wyraźnie napisał, że dopóki nie nadejdzie pomoc sojuszników, trzeba będzie walczyć samodzielnie. Co więcej, generał Kutrzeba nie pozostawił tej swojej konstatacji bez ciągu dalszego i w styczniu 1938 roku w memorandum przedłożonym także Generalnemu Inspektorowi, określał, co należy czynić na tę okoliczność. Otóż należało walczyć w oparciu o fortyfikacje, choć nie tak rozbudowane, jak Linia Maginota. Ich koszt szacowano na około 20 mld złotych, a czas budowy na mniej więcej 5 lat. Miały się one ciągnąć wzdłuż całej granicy z Niemcami, przy czym kluczową rolę tzw. zawiasu, na którym oparta byłaby obrona i ruchy jednostek polskich, pełniłyby umocnienia na Górnym Śląsku i w rejonie Krakowa.
Nie skorzystał marszałek Rydz – Śmigły z dorobku generała Kutrzeby. Choćby w tym miejscu, gdzie planował przewidywaną długość samodzielnej obronny przed wkroczeniem do akcji armii sojuszniczych. Generalny Inspektor szacował, że ofensywa na zachodzie ruszy po dwóch tygodniach, co nie było realne. Nie wdrożono również awizowanych przez generała planów budowy fortyfikacji na granicy z Niemcami. Różna była także liczba związków operacyjnych i ich liczebność w memorandum Kutrzeby i planach Rydza – Śmigłego. Ugrupowanie postulowane przez tego pierwszego było ofensywno – defensywne, m.in. dzięki wykorzystaniu „bram wypadowych”, podczas gdy ugrupowanie marszałka było ugrupowaniem defensywnym.
Wiadomo było, że siły polskie i francuskie będą działały osobno, na dwóch różnych frontach, które odległe były co najmniej o 630 km. Pojawił się zatem problem koordynacji swoich działań. Aby uzgodnić m.in. ten temat, do Paryża udała się polska misja wojskowa, której udzielono instrukcji, zarysowującej polskie zamiary. Rydz – Śmigły pisał w tym dokumencie: „Na hipotezie rzucenia pierwszego ataku gros sił niemieckich na Polskę opiera się mój plan operacyjny. Jest to plan defensywny. Cel jest jeden: zadając Niemcom jak największe straty, broniąc pewnych koniecznych do prowadzenia wojny obszarów, wykorzystując nadarzające się sposobności do przeciwuderzeń odwodami – nie dać się rozbić przed rozpoczęciem działań sprzymierzonych na Zachodzie. Muszę się liczyć z nieuniknioną na początku wojny stratą pewnych części terytorium polskiego, które się potem odbije. Po zaangażowaniu się sprzymierzonych sił w sposób zdecydowany i poważny, gdy nacisk na froncie osłabnie, będę działał zależnie od położenia”.
Jak widać, Generalny Inspektor zakładał, że Niemcy pierwsze uderzenie wykonają na Polskę, a nie na Francję. Według niego przeciwnik miał uderzyć czterema wielkimi związkami operacyjnymi na czterech głównych kierunkach; A – z Prus Wschodnich na Modlin i Warszawę, B – z Pomorza na Bydgoszcz, Inowrocław, Kutno, Warszawę, C – z Dolnego Śląska na Łódź, Piotrków, Warszawę, D – z Górnego Śląska i Moraw na Kraków. Do tego odwód X – znajdujący się w centrum niemieckich pozycji i mający działać na korzyść grup B i C lub do oskrzydlenia przez Słowację. Wynika z tego, że uważano, iż główny atak nastąpi z Pomorza i Dolnego Śląska, natomiast kierunek D z Górnego Śląska na Kraków będzie pomocniczy.
By zneutralizować plany niemieckie Rydz – Śmigły zamierzał w pierwszej fazie wojny podjąć bitwę obronną na granicy, mającą osłonić mobilizację powszechną. Natomiast w fazie drugiej przerwać bitwę obronną i wykonać odskok w kierunku południowo – wschodnim, podczas którego „front polski miał się odginać w tył w oparciu o fortyfikacje śląskie, jako zawias ruchu”. W fazie trzeciej zamierzał bronić się na linii; na północy – Biebrza, Narew, Bugo – Narew, Modlin, w centrum – środkowa i górna Wisła po ujście Dunajca, na południu – wzdłuż Dunajca i Karpat.
Zamierzeń tych nie udało się zrealizować. Przede wszystkim dlatego, że były one nierealne. Ich nierealność powinny ujawnić gry sztabowe, których jednak nie przeprowadzono. Nie wzięto zatem, wbrew zapewnieniom, że to uczyniono, pod uwagę przewagi ilościowo – jakościowej Niemców, jeśli chodzi o technikę wojskową. Dlatego też, co wyszło już w trakcie działań wojennych, nie było możliwe przejście z fazy pierwszej, a więc granicznej bitwy obronnej, do fazy drugiej, a więc planowego i uporządkowanego odwrotu ku południowemu wschodowi. Byłby to manewr tym bardziej nierealny, że dowódcy liniowy nie zostali o nim poinformowani. Tzn. nie wiedzieli, kiedy ma się zacząć i jak wyglądać faza druga. Nie dostali tej informacji od Generalnego Inspektora przed wybuchem wojny. Rydz – Śmigły już jako Naczelny Wódź, co prawda próbował ratować sytuację poprzez kontakt z poszczególnymi dowódcami. Ta metoda działania nie mogła jednak zakończyć się sukcesem. Raz, że szwankowała łączność. Dwa, w ten sposób wchodził w kompetencje danego dowódcy niższego szczebla, tracąc tym samym czas, uwagę i ogląd ogólnej sytuacji na froncie. Nie jest rolą naczelnego wodza dowodzić w starciach batalionów. Niestety postawa ingerowania w drobiazgi i detale, którą Rydz – Śmigły przejawiał już w czasie pokoju, w trakcie wojny tylko uległa pogłębieniu. Sytuacja taka pozbawiała podległych dowódców inicjatywy. Co gorsza, zachowania te znalazły swoje odbicie także w działaniach wojennych i jak pisze Porwit marszałek „odebrał sobie samemu możliwość prawidłowego dowodzenia, mając 7 armii czynnych, jedną odwodową i trzy odwody miejscowe”.
Takie rozdrobnienie sił polskich było przejawem odejścia od podstawowej przedwojennej tezy operacyjnej, tzn. tworzenia dużych zgrupowań wojska na głównych kierunkach niemieckiego natarcia, dowodzonych przez jednego dowódcę, dysponującego swobodą działania. Do tego polskie ugrupowanie było rozłożone linearnie, co pozbawiało je głębi. Inne zarówno zgrupowanie, jak i rozmieszczenie wojska z jednej strony dawałoby mu większą siłę i możliwość osłony skrzydeł, a z drugiej stanowiło większe zagrożenie dla agresora. Jednak i faza pierwsza, bitwy granicznej, musiała mieć swój koniec. Po pewnym czasie notabene nie wiadomo jakim, musiał nastąpić manewr na ogólną linię trzeciej fazy, przeprowadzany w styczności z nieprzyjacielem. Manewr, a nie odskok. Jak podkreśla Porwit, przyjęcie innego określenia i założenia, w warunkach, kiedy Niemcy we Wrześniu dysponowali dwoma tysiącami czołgów, było niedorzecznością.
Odwrót w kierunku południowo – wschodnim nie mógł być także wykonany ze względu na fatalne rozmieszczenie sił polskich. Wraz z rozpoczęciem wojny ich gros znalazł się na północ od linii Częstochowa – Kielce na lewym brzegu Wisły. Oznaczało to, że do osłony bazy materiałowej pozostawały bardzo skromne siły. Ich wielkość Porwit określa na 5 dywizji i 3 brygady górskie. Dawało to atakującym Niemcom i tak już posiadającym przewagę terenu i manewru, zdecydowaną przewagę także, jeśli chodzi o liczebność. Koncentracja większości armii na lewym brzegu Wisły i powyżej wspomnianej linii pozbawiała też stronę polską swobody działania. Było to efektem zlekceważenia przewidywanego kierunku D niemieckiego uderzenia, a więc z Górnego Śląska i Moraw na Kraków. Wraz z przełamaniem Armii Kraków i Armii Karpaty Niemcy uzyskali wyjście na prawy brzeg Wisły, tzn. na tyły planowanej przez Naczelnego Wodza pozycji obronnej w fazie trzeciej.
Fazy, której szczegółów Rydz – Śmigły notabene nikomu nie ujawnił. Jej ogólnego zarysu, możemy się domyślać, na podstawie relacji zastępcy szefa Sztabu Głównego, płk. Jaklicza. Jego głównym źródłem wiedzy jest zaś instrukcja, której Generalny Inspektor udzielił mu oraz generałowi Kasprzyckiemu, kiedy w maju 1939 roku udawali się z misją do Paryża. Po raz kolejny podkreślić należy, że i ten etap przyszłej wojny nie został poddany grom sztabowym, a więc nie wiedzieli nic o nim także dowódcy liniowi. Takie były efekty upadku znaczenia Sztabu Głównego po zamachu majowym. W rezultacie zaniechania wręcz zwykłej codziennej pracy sztabowej Rydz – Śmigły „stawiał szczupłemu i niedozbrojonemu wojsku cele ponad jego siły”.
Co warte podkreślenia Generalny Inspektor, planując wojnę obronną, przewidywał utratę części ziem kraju. Jest to wprost wyrażone w przywołanej już wyżej instrukcji, w zdaniu: „Muszę się liczyć z nieuniknioną na początku wojny stratą pewnych części terytorium polskiego, które się potem odbije”. Najpewniej mamy tu do czynienia z charakterystycznym dla władzy modelem działania polegającym na funkcjonowaniu w obiegu co najmniej dwóch przekazów. Jednego, zewnętrznego, skierowanego do opinii publicznej. I drugiego, wewnętrznego, przeznaczonego dla decydentów. Przy czym o ile ten pierwszy jest oderwany od rzeczywistości i stricte propagandowy, to drugi jest już znacznie bliższy stanowi faktycznemu. Jednak jeśli i ten drugi nie podlega żadnej weryfikacji, w tym wypadku za pomocą zwykłych działań sztabowych, to może on okazać się także niczym więcej jak zbiorem pobożnych życzeń. Co miało miejsce we Wrześniu 1939 roku.
Literatura:
M. Porwit, Komentarze do historii polskich działań obronnych 1939 roku, tom I, Warszawa 1983.
Inne tematy w dziale Kultura