10.04.10 z dworca centralnego PKS wyruszył w drogę do PułTUska rządowy autokar Te154.
Kierowca, bardzo doświadczony, świetnie znający trasę, były mistrz rajdowy – zasłynął min. tym, że ukończył Rajd Dakar jadąc bez nawigacji – poinformował pasażerów, że podróż zajmie im ok. 50 min.
Warunki do jazdy są dobre, autobus wyposażony był we wszystkie systemy ochronne; ABS, ESP, kurtyny powietrzne a do tego miał super dokładny GPS.
Do wjazdu w teren zalesiony podróż mijała spokojnie. Pasażerowie śpiewali patriotyczne piosenki, rozmawiali, spali lub czytali.
Mimo trudnych warunków kierowca nie zwolnił – śpieszył się chcą dojechać na uroczysty Piknik Patriotyczny w PułTUsku punktualnie.
Do tragedii doszło kiedy jadący 90 km/h, prostym odcinkiem szerokiej drogi, autobus niespodziewanie zjechał na lewą stronę jezdni i uderzył w stojącą na poboczu drogi brzózkę.
Drzewko o średnicy 5cm przecięło masywny zderzak, odcięło lewe przednie koło wraz z maglownicą i duża częścią karoserii.
Dachowanie spowodowało, że wszyscy pasażerowie zginęli na miejscu a autobus rozpadł się na 2 mln kawałków. Tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności nie doszło do wybuchu i pożaru 1200l paliwa, które znajdowało się w zbiornikach.
Na miejscu zdarzenia bardzo szybko – bo już po ok. 10 minutach - pojawiła się jednostka straży pożarnej, którą nota bene nie wiadomo kto powiadomił o wypadku.Teren wypadku został błyskawicznie otoczony przez 200-tu żołnierzy GROM i Czerwonych Beretów którzy – przypadkowo zresztą – w tym lesie mieli manewry.
Jednym z pierwszych, naocznych świadków był filmowiec amator, który w lesie, we mgle obserwował przeloty ptaków. Biegnąc na miejsce wypadku przypadkowo znalazł – leżący na środku jezdni – rejestrator TACHO.
Karetka pogotowia dojechała na miejsce wypadku po zaledwie 30 minutach – trzeba wziąć pod uwagę, że musiała dojechać z odległego o 2 km PułTUska a to nie było łatwe zadanie – korki, remonty dróg i autostrad opóźniały dojazd. Trzy dzielne sanitariuszki szybko zorientowały się, że nie ma komu udzielić pomocy – takiego wypadku nikt nie miał prawa przeżyć. Odnalezienie i policzenie ciał ofiar zajęło im zaledwie 15 minut. Sanitariuszki powiadomiły centralę, że nie ma po co przysyłać drugiej karetki...
Mimo, że Prezydent miał przy sobie lokalizator Jego ciało Prezydenta znaleziono dopiero ok. godz. 14-tej.
PułTUscy prokuratorzy – wobec wagi zdarzenia- natychmiast rozpoczęli tzw. „czynności śledcze” - nie mogli poczekać na przyjazd prokuratorów warszawskich bo ważne ślady mogły ulec zatarciu lub zniszczeniu.
Wkraczając po 24h od wypadku, na ogrodzony i zabezpieczony przed gapiami teren katastrofy, prokuratorzy warszawscy mogli osobiście przekonać się o skali zniszczeń - z autobusu niewiele zostało: całkowicie zniszczona kabina kierowcy, przedział pasażerski i salonka.
Prokuratorzy w asyście 300-tu żołnierzy oddziałów specjalnych mogli swobodnie poruszać się po wyznaczonym do zbadania obszarze 50 m kw.
Z zainteresowaniem obejrzeli niektóre z części autobusu: nieuszkodzony silnik wraz komorą silnikową sprawiał wrażenie, że gdyby było w nim paliwo odpaliłby „na dotyk”.Do silnika przymocowany był łańcuch z orczykiem – jeden z prokuratorów stwierdził, że najprawdopodobniej kierowca holował wcześniej jakiś inny pojazd lub łańcuch mógł zostać po niedawnym remoncie.
O sile uderzenia świadczyły także schowane reflektory – jeden z prokuratorów zauważył przytomnie, że mimo słów „reflektory wysunięte i włączone” kierowca mógł zapomnieć to zrobić i jechał we mgle nie zapewniwszy właściwej widzialności sobie i – co gorsze - innym użytkownikom drogi.
Jeden z prokuratorów zauważył przesunięcie powłoki lakierniczej na powierzchnii blachy, które spowodowało zmianę odległości pomiędzy elementami grafiki względem elementów blacharskich - np. Szachownice z tylnej części były wyraźnie w innym miejscu.
Jednak jednym z najdziwniejszych zjawisk była multiplikacja jednej z szachownic - na miejscu wypadku znaleziono trzy zamiast dwóch szachownic.Ta sama multiplikacja przytrafiła się kołom – znaleziono ich o dwa więcej niż autobus posiadał.
Zeznania – nielicznych – naocznych świadków był całkowicie rozbieżne; ktoś widział tylko małe auto jadące tą drogą, ktoś o mały włos nie został potrącony przez jakiś czerwony autobus, kogoś pęd powietrzapędzącego autobusu zwalił z nóg, jeden ze świadków widział rozbłysk i kulę ognia tuż przed wypadkiem.
Radioamator z PułTUska twierdził, że kierowca zgubił się we mgle i za pośrednictwem CB radia szukał wskazówek jak dojechać do celu. Wg. Radioamatora autobus miał ten odcinek drogi przejechać czterokrotnie.
Prokuratorów nie zdziwiły poważne rozbieżności dotyczące godziny katastrofy; niektórzy świadkowie twierdzili, że doszło do niej o 8:56 inni że o 8:41 byli nawet tacy którzy o katastrofie informowali zanim do niej doszło o 8:30 na portalu gazety.pl pojawiła się pierwsza informacja o wypadku. Redaktor Bater dzwonił z newsem już o 8;26. Takie rozbieżności to normalne zjawisko – nikt nie patrzy na zegarek w obliczu takiej tragedii.
Żaden ze świadków nie usłyszał huku wypadku – pewnie z powodu gęstej mgły, która tłumi dźwięk jak wata skonstatował gen. płk PółRuski.
Prokuratorzy z zainteresowaniem obejrzeli odcięty przez brzózkę kawałek autobusu: na zderzaku nie było charakterystycznych zagnieceń – wyglądał jak odcięty maczetą – takie same równe ślady odcięcia zauważono na przedniej osi i maglownicy. Przewodniczący e-Kielich zaproponował żeby potraktować te dziwne uszkodzenia jako wadę materiałową, która ujawniła się podczas zderzenia.
Na miejscu katastrofy znajdowało się jeszcze kilka ciał ofiar -ofiary ubrane były w walonki, brązowe spodnie, ręcznie robione sweterki czy gustowne włóczkowe czapeczki – typowy ubiór członka polskiej delegacji na ważne uroczystości - prokurator PółRuski z przekąsem zauważył, że na szczęście nie ubierano moherowych beretów.
Tu ówdzie z błota wystawały fotele pasażerskie – różniące się od tych, które były zamocowane w autobusie. Ale, ale! Kto by tam zwracał uwagę na takie drobiazgi w obliczu takiej tragedii? Tylko jakiś oszalały „tropiciel teorii spiskowych”!
Reszty ciał już nie było na miejscu wypadku – to zrozumiałe – po 24 godzinach następują już procesy gnilne i należało je przesłać – w specjalnych trumnach - na sekcje, które miały stwierdzić czy uczestnicy tej „wycieczki” nie byli pod wpływem alkoholu i czy nie wywierali czasami wpływu na kierowcę np. Śpiewając „Panie szofer gazu! 150 na wirażu!”?
Późnym wieczorem, po wypuszczeniu z baraku w którym przetrzymywani byli przez pół nocy warszawscy prokuratorzy z zainteresowaniem i uwagą zapoznali się z gotowymi wnioskami pułtuskich prokuratorów wg których sprawa była „arcyboleśnie prosta”:
wypadek spowodowały naciski Prezydenta i pijanych pasażerów na kierowcę – mało doświadczonego, zestresowanego półamatora, który zdecydował się na szaleńczą jazdę w gęstej mgle – żeby tylko zdążyć na piknik pod PułTUskiem.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)