Gdy przeczytałem w sobotę, że prezydent nagrodził członków pierwszych czterech rządów (Mazowieckiego, Bieleckiego, Olszewskiego, Suchockiej) zrobiło mi się ciepło i radośnie. Z ciekawości zajrzałem jednak na pełną listę wybrańców i humor mi się trochę pogorszył. Wśród udekorowanych nie było bowiem nikogo, kto do 1993 roku pełnił państwowe funkcje z mandatu niesolidarnościowego. Zabrakło chociażby mojego kolegi z ław parlamentarnych Bogusława Liberadzkiego i wielu innych (wyjątek w osobie Waldemara Dąbrowskiego tylko potwierdza tę regułę), a byli prominentni działacze Unii Wolności zostali dostrzeżeni w komplecie.
W tym czasie Gazeta Wyborcza zachęcała naród, aby wspomniał chwile chwały i z plastikowych kubków wychylił coś z bąbelkami za "zwycięstwo".
Zastanawiam się, czyje to było "zwycięstwo" i kto został pokonany? Istota "pokonania" zakłada walkę i opór, a 4 czerwca, w częściowo wolnych i niesfałszowanych wyborach, PZPR na listach wyborczych skonfrontowała się z Solidarnością i pokojowo oddała władzę. No, ale to było dawno temu. Platforma i wierny jej prezydent potrzebują mitu "zwycięstwa", więc sami go tworzą. Politycznie chcą skonsolidować środowisko byłej Unii Wolności przed wyborami.
Wspomnę, że na prezydenckie salony nie zaproszono też nikogo z pierwszego składu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, choć ta instytucja od początku do końca stworzyła ład w eterze, a w jej składzie byli ludzie z pięknym solidarnościowym rodowodem.
Tym sposobem na nowo jest pisana historia, a przywilej odbierania "zasług" za tworzenie reform mają tylko wybrańcy.
518
BLOG
Komentarze
Pokaż komentarze (3)