Na stronie „GW” pojawiła się dzisiaj informacja, jak to w Częstochowie pewien redemptorysta uderzył osobnika, rozdającego ulotki, krytykujące Radio Maryja. Fanem RM nie jestem, raczej przeciwnie, a nazwisko osobnika – Rafał Maszkowski – kompletnie nic mi nie mówiło, choć według „GW” (która, jak wiadomo, śledzi sprawy związane z RM uważniej niż 99 proc. populacji kraju) pan Maszkowski jest jednym z najbardziej znanych krytyków rozgłośni o. Rydzyka. Mimo to moja pierwsza myśl była: żeby rozdawać ulotki krytykujące RM podczas pielgrzymki słuchaczy Radia Maryja pod Jasną Górą trzeba być albo wyjątkowo cynicznym prowokatorem, albo nawiedzonym wariatem. Postawiłem raczej na to drugie.
Ciekawa sprawa, bo opisany w Wikipedii
życiorys pana Maszkowskiego wskazuje, iż jest to profesjonalista w swojej dziedzinie, mający na koncie całkiem ciekawe i godne uwagi osiągnięcia. Można być jednak znakomitym informatykiem, a jednocześnie nawiedzonym i fanatycznym wrogiem w sumie marginalnej katolickiej rozgłośni.
Przypadek pana Maszkowskiego jest symptomatyczny dla pewnego gatunku ludzi i piszę o nim właśnie po to, by ów gatunek zegzemplifikować. Bo czy człowiek normalny, zajmujący się czymś całkiem innym niż ideologiczne spory, to znaczy informatyką i Internetem, traciłby czas na prowadzenie strony o radiu, które nie powinno go w ogóle obchodzić? Czy drukowałby tysiące ulotek i jechał w sam środek pielgrzymki słuchaczy tego radia? Nie, bo człowiekowi normalnemu byłoby na to po prostu szkoda czasu. Mógłby, owszem, może napisać list do jakiejś redakcji albo coś na blogu, gdyby akurat przypadkiem trafił na wyjątkowo drażniący go program. Ale z całą pewnością nie czyniłby z walki z RM sensu swojego życia. Musiałby ponadto zdawać sobie sprawę, że rozdawanie ulotek, krytykujących RM, akurat podczas pielgrzymki jego słuchaczy, jest wyłącznie prowokacją i proszeniem się o kłopoty, bo przecież nikogo to nie przekona. Wniosek jest jasny: trudno pana Maszkowskiego i jego krucjatę traktować poważnie. Można tylko pokiwać głową z politowaniem, ewentualnie polecić dobrego psychologa. A może nawet psychiatrę.
Ale pan Maszkowski nie jest sam. By wspomnieć choćby sprawę pewnego jegomościa, który tak bardzo nie był w stanie znieść faktu, iż formalnie jest członkiem Kościoła katolickiego, że musiał dokonać formalnego aktu apostazji, po czym uruchomił na ten temat stronę internetową. Czy normalny człowiek, który doszedłby do wniosku, że jest ateistą i nie chce mieć nic wspólnego z Kościołem, zawracałby sobie głowę apostazją? Oczywiście – nie. Omijałby kościoły szerokim łukiem, nie przyjmował księdza po kolędzie i spokojnie żył sobie po swojemu.
W tej samej kategorii wariactw mieszczą się z grubsza biorąc inni walczący ateiści albo wojujący pederaści. A także niektórzy czytelnicy, którzy ślą na adres mojej redakcji wycinanki z różnych gazet, ponaklejane na duże kartki papieru z rozrysowanym schematem żydowsko-masońskiego spisku. Wykonanie takiej wyklejanki wymaga wysiłku, którego żaden normalny człowiek nie wykona. Itp., itd.
Wariaci, którzy ze sprawy błahej lub nie budzącej żadnych kontrowersji czynią sens swojej egzystencji, istnieli oczywiście zawsze i istnieć będą. Nie ma się co na nich wściekać, można się im przyglądać raczej z rozbawieniem, jako swego rodzaju wybrykom natury. Problem leży gdzie indziej. W tym mianowicie, że niektóre media takich osobników wyciągają z niebytu i ukazują ich jako bojowników o jakąś sprawę. I tak się jakoś dziwnie składa, że są to sprawy z jednego asortymentu i w jeden deseń, tzn. skierowane przeciwko Kościołowi, Kaczorom, generalnie prawicy. Np. „Przekrój” (którego obecny naczelny deklarował się zresztą otwarcie jako ateista, co jest o tyle dziwne, że katolicy raczej nie oznajmiają na wstępie, że są właśnie katolikami) stworzył swego czasu wielki materiał o rzekomych prześladowaniach, jakie mają w Polsce spotykać ateistów, ilustrując go przypadkiem jegomościa, który uznał, że jakiś mało istotny element religijny w nauczaniu szkolnym (nie pomnę już, czy chodziło o krzyż w klasie, gdzie odbywała się katecheza, czy o obecność lekcji religii w środku dnia, czy o inną jeszcze bzdurę) rażąco dyskryminuje jego dziecko, które ma być wychowywane w duchu ateizmu. I rozpętał wokół tego batalię.
Jeśli identyczny wariat pojawia się po prawej stronie i np. zaczyna prowadzić jednoosobową krucjatę przeciwko prezydentowi Kwaśniewskiemu albo „Gazecie Wyborczej”, jest prezentowany zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, czyli po prostu jako wariat. Zatem: po jednej stronie są bojownicy o słuszną sprawę, po drugiej – wyłącznie wariaci.
Oto naści twoje wiosło:
błądzący w odmętów powodzi,
masz tu kaduceus polski,
mąć nim wodę, mąć.
Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".
Nowości od blogera
Inne tematy w dziale Polityka