Jednak muszę swoje trzy grosze w gorącą dyskusję o letnich przecież zdjęciach, wrzucić.
A powody są dwa:
- pierwszy to dość zaskakująca po prawej stronie naszej blogerskiej sceny politycznej postawa sprowadzająca się do stwierdzenia, że NIC SIĘ NIE STAŁO,
- i drugi powód - niepokojący może jeszcze bardziej, bo przerzucający odpowiedzialność za nagonkę na Agnieszkę (rozpętaną przez media) na osoby, które krytycznie oceniły Jej sesję fotograficzną.
Otóż, jeśli chodzi o powód pierwszy – nieprawdą jest, że nic się nie stało, czego proszę nie utożsamiać z jakimś osądzaniem czy tym bardziej odsądzaniem od czci i wiary młodej dziewczyny, która zrobiła sobie kilka głupich zdjęć. Tak, wiem, miała do tego prawo, jest dorosła, młoda, zdjęcia były w sumie bardzo grzeczne, być może chciała zasygnalizować ojcu swoją niezależność. To wszystko jednak nie ma znaczenia. Z jednego prostego powodu: Agnieszka wpisała się w płytką filozofię pop, która każe nam przyjąć, że wszystko jest na sprzedaż (to nie były zdjęcia artystyczne, z Bóg wie jakim przekazem, to był czysty biznes, reklama, chodziło więc tylko o pieniądze – i też MA PRAWO dziewczyna do takiego podejścia – nie my daliśmy Jej wolną wolę).
Jednak podpisała się pod sloganem: wszystko jest na sprzedaż, popatrz, dotknij, spróbuj, kup.
I, niestety, kłóci się ten nowy wizerunek z wcześniejszym - „Ambasadora Jezusa”, czyli Tego, który podobno zachęca nas, abyśmy wypłynęli na głębię, który mówi, że NIE, nie wszystko jest na sprzedaż.
I tej GŁĘBI z PŁYTKOŚCIĄ pop pogodzić się nie da. No, nie da się i już!
Powstał ZGRZYT. Z winy niespójności w postępowaniu Agnieszki. Wielu osobom po prostu to postępowanie się nie spodobało (co nie oznacza potępienia, na miłość Boską!) i też mają do tego prawo (ipso iure wyłączam oczywiście chamską, napastliwą krytykę), a może nawet obowiązek tę niespójność wykazać. Na pewno jednak miały prawo wyrazić swoje niezadowolenie z powodu przedziwnego dysonansu poznawczego, który im zafundowano.
I tu docieramy do powodu nr dwa, dla którego napisałam niniejszą notkę:
przerzucanie na tych niezadowolonych, zaskoczonych ludzi odpowiedzialności za nagonkę zgotowaną przez media jest czymś głęboko nieuczciwym.
I skupię się tu może na organizatorach akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. Sama akcja świetna! Bardzo potrzebna! Doskonale przecież wiemy, że wciskało się nam przez lata poczucie wstydu, że religię i wiarę zamykano w kruchcie. Dlatego wyjście na zewnątrz, na ulicę, publiczne przyznanie się są tak istotne. To przełamanie pewnego tabu, lęku. Mechanizm zbliżony do akcji „kochamy czytać OB-CIACHowe gazety” (musiałam wtrącić:)).
W jakiej sytuacji zostali postawieni ci ludzie? W patowej. Bez względu na to, jak by postąpili, zostaliby zaatakowani przez media. Albo pod tytułem HIPOKRYZJI albo OSZOŁOMSTWA, OBCIACHU.
Ktoś świetnie rozegrał całą sytuację, po mistrzowsku. Agnieszka zrobiła rzecz durnowatą, która i tak byłaby maglowana w mediach (bez względu na reakcję panów w garniturach z akcji „Nie wstydzę się Jezusa”)), a teraz po fali krytyki „swoich” pozostanie w Niej być może gorycz, bo rzeczywiście mnóstwo dobrych rzeczy dziewczyna zrobiła. Słowem - PAT.
I już docieram do tytułu, a tym samym do końca notki: nie tylko Isia dała ciała, i może, co ważniejsze: nie Ona przede wszystkim. Ciała dali ci, którzy głośno pisali o tym, że nie można skrytykować takiej postawy, że nic się nie stało, że „ambasador Jezusa” może nagi, dla reklamy i pieniędzy, zerkać na nas z białego leżaka bądź z materaca i głupio uśmiechać się do obiektywu kamery pośród wszechobecnych piłeczek do tenisa. Niestety jednak nie. Bo nie wszystko należy trywializować i nie wszystko jest na sprzedaż.
A Agnieszce Radwańskiej powiedziałabym tylko tyle, że podziwiam Ją i na pewno nie jest tak, że jeden nieprzemyślany czyn przekreśla wszystkie wcześniejsze dokonania. Jest niewątpliwie fantastyczną, pracowitą dziewczyną. I poradziłabym Jej, jeśli mogę, by nie pozwoliła na to, aby zniechęcono Ją do ludzi, z którymi do tej pory się utożsamiała, aby z klasą odcięła się od śmiesznego i nieistotnego z punktu widzenia Jej kariery sportowej – INCYDENTU.
No i najważniejsze: w sprawach tak w sumie osobistych, zawsze lepiej posłuchać rodziców niż obcych doradców (którym zwykle chodzi tylko forsę, zadymę, a nie o Nią samą).
Inne tematy w dziale Rozmaitości