W drodze do Katmandu.
Brama graniczna w Raxaul przekroczona. Gnieciemy się przeładowanym busem w górę himalajską drogą. Najkrótsza i zapewne najważniejsza droga lądowa łącząca Indie ze stolicą Nepalu, Katmandu. Wąska, kręta, niebezpieczna. Gnamy, kierowca zapewne wbija pedał w podłogę. Przed każdym zakrętem ostro daje po klaksonie. Nasłuchuje odzewu, jak nikt się nie wyłania zbiera zakręt przeskakując częściowo na sąsiedni pas. Trudniej jak ktoś się pojawia, wtedy hamowanie i wolniej. Jeszcze trudniej jak wynurza się większa ciężarówka, ostrzejsze hamowanie, często do całkowitego zatrzymania, często cofanie w bezpieczne miejsce i wymijanie. Lepiej nie patrzeć na drogę, lepiej podziwiać wspaniałe widoki!
Zatrzymujemy się na posiłek. Dobre jedzenie. Ktoś wysiada, nie ma pieniędzy aby zapłacić za przejazd. Kierowca jest wyrozumiały, sadzi mu tylko kilka kopów w tyłek, wykrzykując groźnie. Wsiadamy, jeszcze tylko kilka godzin. Zakręt, trąbienie, hamowanie, zakręt, trąbienie hamowanie. Zapada mrok, wjeżdżamy do Katmandu.
Katmandu
Centrum zapchane ludźmi, wszędzie gra głośna zachodnia muzyka. Dziesiątki motorów i skuterów. Mam wrażenie, że jestem w Amsterdamie, oferują narkotyki i ciała. W dzień widzę, że brud jak w miastach u południowego sąsiada. Pagórki śmieci tworzą nowe, najmłodsze pasmo gór. Na placach świątynie i stupy, ludzie okrążają znużeni w miejscowym rytuale. Okrążam i ja, siadam na murku, podbiega gość z demonicznie wykrzywioną twarzą, wwierca się wzrokiem w moje oczy, mamrocze jakieś przekleństwo i chocholim tańcem oddala się w nieznane.
W innym miejscu, położona na wzgórzu, sławna świątynia małp. Wspinamy się po długich, stromych schodach. W około dziesiątki małp zajętych seksualną orgią. Najpierw z tym, potem z tamtym, trochę samemu, jeszcze raz i na okrągło. Patrzą się wspinającym prosto w oczy, coś krzykną, przemkną, i znów oddają się lubieżnym zwyczajom. Wydaje się, że ludzka obecność nakręca je jeszcze bardziej: „patrz w moją stronę! Po co wspinasz się do tej świątyni, jesteś taką samą małpą jak ja, hahaha!” Na wierzchołku, jak ręką odjął, cicho, kontemplacyjnie. W tle powietrze przesiąknięte dźwiękiem tybetańskiej misy.
Himalaje.
Dotelepałem się do końca drogi. Teraz już tylko pieszo. Na szlaku ustawili się Maoiści, zbierają „dobrowolne” datki od turystów na swoją szlachetną działalność. Klasyczna bródka i czapeczka rewolucjonisty, powiewa czerwona flaga z sierpem i młotem. Tłumaczą, że walczą o wolność, demokrację i socjalizm. Wdaję się z nimi w rozmowę, pytam, czy słyszeli o Stalinie. Odpowiadają, że dni nepalskiej monarchii są policzone, a potem sprawiedliwość i władza ludu. Odchodzę, chcąc nie chcąc, wspierając odwieczną i zażartą walkę o pokój.
Większość ludzi depczących szlakiem, to miejscowi, idą do swoich wiosek. Cel na dzisiejszy wieczór to Gorepani na wysokości 2800 mnpm, 3280 kamiennych, nierównych schodów. Idę sam, samemu niosąc swój własny plecak. Widok tutaj niezmiernie rzadki. Turyści w grupach z wynajętymi tragarzami. Lokalni pytają dokąd idę, mówię, że do Gorepani, kiwają głowami, uśmiechają się, twierdzą, że za dnia nie dojdę. I mają rację, ale i tak doszedłem. Na dwu-tysięcznym-którymś stopniu spotkałem dobrego druha, miejscowego Nepalczyka. Mówi, że wraca do domu, do żony i dzieci. Nie widział ich 2 albo 3 lata, pracuje gdzieś w Arabowie. Pytam ile płacą, kilkaset dolarów, odpowiada, co zrobić, taka dola... Idziemy rozmawiamy, śpieszy mu się, a ja go spowalniam. Patrzy na mój plecak, sam niesie mały, „zamieńmy się”, mówi. Zgadzam się i dziękuję promienną ulgą na twarzy, jeszcze tylko tysiąc schodów...
Kolejne kilka dni, szlakiem z wioski, do wioski, do dolnego obozu wypadowego na Annapurnę. Niektóre miejscowości troszkę większe, jest nawet szkoła, w innej mijam malutką elektrownie wodną. Życie tu troszkę inne niż u nas. Między wioskami wiele godzin marszu, inaczej się nie da. Widziałem jak rozmawiali w pogodny dzień używając luster. Minąłem pierwszego człowieka trzymającego zwierciadło, po dwóch godzinach doszedłem do drugiego. Tutaj widocznie też wiedzą, że prędkość światła szybsza od marszu. W innej wiosce głośna kłótnia. Dwie kobiety spierają się żywo, tłumaczy mi młody Tybetańczyk, że chodzi o mężczyznę. Tu zostaję na noc. Tybetańczyk opowiadania mi swoją historię, dzieciństwo spędził w klasztorze, było ciężko, potem popadł w uzależnienie od narkotyków. Jakiś czas się od tego uwolnił i zaczyna nowe życie.
Wstaję zmarzniętym rankiem, ciepły posiłek i w dół, do gorących źródeł. Dwa baseny zbierają gorącą wodę spływającą po zboczu do zimnego i rwącego potoku. Trochę w gorącej, potem skok w zimną, cudowne miejsce. Zapominam o wysiłku minionych dni, rozkoszuję się przyjemnością ciepłej wody, która zmywa wszystkie niepotrzebne myśli. U góry czeka pyszna owsianka.
Wracając na akapit do Indii, poprzednia notka ukazała warstwę wierzchnią. Brudną, odrażającą przykrywającą klejnoty. Czy klejnoty te to architektura ? Może czasami. Może klimat ? Często zbyt gorąco, zbyt duszno, zbyt skrajnie. W wielu miejscach pięknie, wspaniale. Może kultura ? Głęboko ukryte stare indyjskie Wedy, starożytna mądrość, duchowość, magia, trwający do dziś paskudny system kastowy. Dla mnie klejnotem tym jest bezpośredni wgląd w kondycję i naturę ludzkiego gatunku, którego jestem częścią. Bezpośrednie ukazanie mądrości, że jedyną drogą zmiany na lepsze jest otwarcie serca. Pamiętam jak dziś, nieprzyjemne napięcie, gdy otoczony tłumkiem, brudnych, nierzadko chorych dzieci, chciałem uciec od nich jak najszybciej. Wyciągnięte ręce proszą o jałmużnę:
-Sir where are you form, sir where are you from?
-Poland.
-Warsaw, Warsaw !
-I am not from Warsaw...
Znika natychmiast, gdy wejdzie się w ich krainę dziecięcej radości. One nie proszą o pieniądze, chcą tylko uwagi i otwartego serca.
Notka z Indii tutaj:
http://in-and-outside.salon24.pl/535342,indie-traumatyczna-perla-2007
Komentarze
Pokaż komentarze (9)