Tak się składa od dość dawna, że połowę grudnia przeżywam w nastrojach zmiennych, kształtowanych z jednej strony przez oczekiwania i plany związane z bliskim już Świętem, a z drugiej - przez wspomnienia o tym, co się w tych właśnie dniach zimowego miesiąca dość już dawno temu działo. Wspomnienia zdążyły nieco zblaknąć, ale nieodmiennie wyostrzają się o tej właśnie porze. W tym roku wyostrzyły się szczególnie w związku z tym, co się w polityce działo i o czym dość głośno było w mediach. Nie - nie w związku z tym, o czym też narobiono szumu; że ktoś komuś obiecał dać krzesłem po głowie - a raczej z tym, o czym mówił w swoich ostatnich tekstach Giz 3miasto i co można uzupełnić o parę refleksji, choćby takich:
- połowa grudnia, to od dłuższego czasu pora szczególna. Starsi dobrze pamiętają, a młodszym przypominają media lub organizowane w tym czasie wydarzenia w postaci marszów, pikiet czy zgromadzeń - o tym, co działo się dawno temu właśnie w połowie tego miesiąca. To medialne przypominanie nie jest zbyt nachalne, to prawda - ale przyznać wypada, że do całkowitego zamilczenia cokolwiek brakuje. Można wprawdzie próbować - i to się robi - odpowiednio rozłożyć akcenty, coś wyciszyć lub wzmocnić, o czymś nie powiedzieć; tak choćby, jak w przekazie ze zgromadzenia pod "Wujkiem". Jerzy Buzek zostaje wygwizdany, słychać okrzyki: "hańba" - i leci przy tym komentarz, że nie uszanowano powagi miejsca i chwili. Ani słowa refleksji nad tym, czy Buzek ze swoją drogą polityczną, jaką przeszedł od czasu pierwszej Solidarności - i ze swoją obecną pozycją i działalnością jest postacią najlepiej kojarzącą się z przemawianiem w tym miejscu i do tych ludzi, którzy tam się w rocznice gromadzą; zamiast takiej refleksji - sugestia, że to zachowanie nieprzystojne.
Ale nawet przy tak kulejącej pracy mediów do głów tych, którzy tamtych wydarzeń pamiętać nie mogą, bo minęło od nich ponad 30 i ponad 40 lat, przebija się to, co najważniejsze: że wtedy ginęli ludzie - i że ofiary liczono nawet dziesiątkami; że ludzie byli bici i kaleczeni, że wielu trwale zwichnięto życie - i że te dokonania były dziełem ówczesnej komunistycznej władzy sprawowanej przez PZPR. O tym wszystki wiadomo poza tym - a może przede wszystkim - dzięki przekazom rodzinnym, żywszym i lepiej przyswajalnym, niż suche informacje. Jakaś więc wiedza - nie twierdzę, że zupełnie wystarczająca - w głowach narodu istnieje; z tym trudno mi pogodzić fakt, że opublikowany ostatnio sondaż wyborczy pokazuje poparcie dla SLD na wysokim, kilkunastoprocentowym poziomie - bliskim Platformie. Że bliskim - to nie zmartwienie; źle, że na tak wysokim.
Sztandar PZPR wyprowadzono już dość dawno - i od tego czasu ta partia, formalnie rzecz biorąc, nie istnieje. Istnieją natomiast, choć już z przyczyn naturalnych nie w komplecie - ludzie, z których się składała; oni niekoniecznie poszli "w odstawkę". Leszek Miller, obecny szef SLD był w tamtych czasach aktywnym członkiem PZPR - nie on jeden z obecnie czynnych tzw. socjaldemokratów. Uproszczeniem byłoby twierdzenie, że SLD stanowi prostą kontynuację PZPR - jednak korzeni i powiązań, choćby przez personalia, nie sposób nie dostrzegać. Bieżące rocznice przypominają, że PZPR była partią społeczeństwu wrogą. Pozostający dziś w polityce, funkcjonujący w SLD jej dawni członkowie nie protestowali, o ile wiadomo, kiedy do ludzi strzelano; w każdym razie - nie rzucali legitymacjami. Ergo - akceptowali to, co się działo. Jak traktowaqć dziś ogłaszane przez nich obietnice i programy - czy przyjmować je za dobrą monetę ? Wiem, był Szaweł - a potem Paweł; to jednak chyba nie ten przypadek.
To, co nas otacza i dotyczy powinno być widziane i oceniane łącznie. To, co można było zaobserwować w tych dniach dowodzi, że tak się nie dzieje: rocznice minionych tragedii zawinionych przez komunistów - osobno; obecny udział komunistów w polityce - osobno; poparcie wyborcze - osobno. Leszek Miller, były PZPR-owiec - z lubością pokazywany w TV, gdzie wygłasza rozmaite średnio dowcipne konstatacje i bon moty - zdobywa dla swojej partii wysokie poparcie mimo wpadki z suflerem podczas publicznego wystąpienia. Działa pewnie ten sam mechanizm, co w przypadku prezydenta: im śmieszniej, tym fajniej. Leszek Miller zdobywa dla swej partii to poparcie w tym samym czasie, w którym wspominamy tragedie przeszłości; czy niczego, jako społeczeństwo się nie uczymy ? Nie sugeruję, że w razie zdobycia władzy partia Leszka Millera robiłaby to samo, co w przeszłości PZPR. Nie - choćby dlatego, że czasy i warunki już inne; ale rozważanie tego, komu ufać można, a komu nie należy - pozostaje zasadne. Jest takie powiedzenie, bodaj arabskie: - tylko głupi potyka się dwa razy o ten sam kamień. I inne: - kogo Bóg chce zgubić, temu rozum odbiera.
Inne tematy w dziale Polityka