Pisać jest łatwo - wystarczy usiąść i jeszcze mieć jakieś narzędzie. Do niedawna podzielałem dość powszechny pogląd, że trzeba także przy tym myśleć, ale od lektury tekstu Marka Beylina w ostatniej Wyborczej już tak nie uważam - po przeczytaniu go doszedłem bowiem do wniosku, że myślenie mogłoby taki proces twórczy, jaki zaprezentował Beylin tylko utrudnić. A tak - to poszło łatwo; moje początkowe wątpliwości co do celu i skuteczności takiego pisania minęły, kiedy tylko uświadomiłem sobie, do kogo Beylin swój wytwór zaadresował. On go zaadresował do nieoczekujących przedstawiania konstrukcji logicznych mających coś udowadniać czy do czegoś przekonywać; wystarcza przydatność tekstu do zaakceptowania przez kogoś, kto już swoje wie i oczekuje wyłącznie potwierdzenia i umocnienia. Jakiś tam problem pojawia się wraz z zabłąkaniem się niespodziewanego czytelnika, dla którego GW jest terenem obcym, odwiedzonym przypadkowo lub z ciekawości - czytelnika, który próbuje dociekać, analizować - a nawet kwestionować. Ale to jest problem tego czytelnika - przecież nie GW, ani Beylina.
Beylin podsumował ostatnie wypowiedzi Tuska i Kaczyńskiego. Konstrukcja tekstu prosta: zestawienie - dobry Donald i zły Kaczor. Tusk dobry, bo ogłosił koniec kryzysu i pochwalił przedsiębiorców za walkę z tymże - a także zauważył, że Polacy się bogacą i będą to robić jeszcze szybciej, niż dotąd. Do tego jeszcze zapowiedział nowy system podatkowy. Wszystko to fajnie, ale obiektywny Beylin, żeby go nie posądzać o stronniczość, zgłasza też pretensje: o bezrobocie, o słabość państwa niedostatecznie zwalczającego skinów (problem, jak wiadomo, w naszym państwie najistotniejszy), o brak "równych praw dla wszystkich, choćby dla mniejszości seksualnych" - i o to, że Tusk na żądania w tych kwestiach "mówi, jak konserwatysta: okażcie siłę i zmuście nas do decyzji". To - zdaniem Beylina - nie jest zbyt fajne, ale chyba niezbyt istotne, bo " daje nadzieję". Nadzieję, na co ? - chciałoby się zapytać, choć wiadomo, że odpowiedź nie padnie. Podobnie, jak nie padnie na takie pytania: jakie punkty można by Tuskowi zapisać za obwieszczenie końca kryzysu - przecież nie on go zakończył, o ile w ogóle ten koniec potraktować serio; na ile serio traktować to o wzbogacaniu się Polaków, skoro bezrobocie za obecnych rządów wzrosło, podobnie jak ceny, a płace - niewspółmiernie do nich (chyba, że porównać: kiedyś mało kto miał kolorowy telewizor, a teraz prawie każdy) : jakie nadzieje wiązać z zapowiedzią zmiany systemu podatkowego, narazie zresztą niekonkretną - w zestawieniu z jedynym w tej materii konkretem, to jest z przesunięciem zapowiadanego na przyszły rok powrotu do dawnej stawki VAT o dwa lata. Tak wyglądają wyszczególnione przez autora pozytywy wystąpienia Tuska. A pretensje zgłoszone przez Beylina ? "Brak równych praw dla wszystkich" - rozczulająca bzdura: uprawnienia przysługujące małżństwu tak muszą się różnić od tych, które przysługują związkowi homoseksualistów, , jak samo małżeństwo jest od takiego związku odmienne. Choć, oczywiście - poszczególni obywatele niezależnie od orientacji seksualnej mają te same prawa wyborcze, są równi przed sądem - itd, itd - i tego już się nie trzeba domagać. Ja natomiast domagałbym się wyjaśnienia, co to znaczy, że jeżeli Tusk żąda okazania wobec władzy (czyli, wobec siebie) siły - to "mówi, jak konserwatysta" ?
Dajmy zreszta spokój Tuskowi, bo jak już wspomniano, "daje on nadzieję". Raz jeszcze wypadałoby zapytać - na co i jaką ? To ważne, bo Kaczyński, według Beylina "żadnych nadziei licznym Polakom nie daje" i "skupił się na tym, kto ma się go bać". Lista tych, co się bać mają jest długa - a wśród nich: przedsiębiorcy, niewierzący, geje, " zwolennicy obyczajowej równości" (co by to miało być ???) - i kto tam jeszcze. "Społeczeństwo na kolanach - to prawdziwy program Kaczyńskiego" - straszy Beylin, a ja mam uwierzyć, że Kaczyński, co by nie mówić , polityk doświadczony - starając się zdobyć władzę, za najlepszy do tego celu środek uznaje przedstawianie społeczeństwu, co też okropnego mu zrobi, gdy tylko do władzy dojdzie. I robi to na tyle nieopatrznie, że bystry Beylin natychmiast go rozgryzł. Mam uwierzyć w to, a nie przypuścić, że Beylin prezentuje tu swoje niezwiązane z rzeczywistością fobie. Wolno Beylinowi pisać,, co mu się tylko zamarzy. Wolno mu przypisywać Kaczyńskiemu intencje, których ten nie objawił. W szczególności - wolno mu pisać bez sensu; tego mu nawet straszny Kaczor, obejmujący w najczarniejszym scenariuszu władzę, nie zabroni.
Inne tematy w dziale Polityka