Robert Bogdański Robert Bogdański
525
BLOG

Efekty Trumpa

Robert Bogdański Robert Bogdański USA Obserwuj temat Obserwuj notkę 17
Ameryka chce zniszczyć globalistyczny ład i ma nadzieję, że gruzy przysypią innych, a jej posłużą do wzmocnienia fundamentów.

Jak słusznie zauważył niedawno Marek Cichocki, polityka Donalda Trumpa to wszystko, tylko nie izolacjonizm. Ci, którzy wieszczyli po 20 stycznia, że Stany Zjednoczone wycofają się na swoją półkulę i osłonięte dwoma “pięknymi oceanami” będą wiodły spokojny żywot nie zwracając uwagi na to, co się dzieje gdzie indziej, przy okazji zostawiając nas na pastwę Putina, mogą nareszcie odetchnąć. A nie, wróć! O odetchnąć nie ma mowy. Teraz dopiero można zacząć się obawiać! Bo ostatnie działania Trumpa pokazują, że jego zasadniczym celem jest “uczynienie Ameryki na powrót wielką”. No, patrzcie państwo, on realizuje swoje hasło wyborcze. Zgroza! W cywilizowanym świecie nie do pomyślenia...

Ale żarty na bok. Dwa miesiące temu Trump wycofał się z porozumień klimatycznych i uwolnił amerykańską gospodarkę od “zielonego” gorsetu rzucając przy tym hasło, za które ekologiści go znienawidzili: “Drill, baby, drill...”. Dzięki temu ceny energii, które już i tak znajdują się w Ameryce na poziomie Rwandy, czyli są dwukrotnie niższe niż np. w Niemczech, mają szansę jeszcze spaść, czyniąc gospodarkę bardziej konkurencyjną. Do tego dochodzą cła i osłabienie dolara. Tymczasem Chiny, które w okresie boomu na technologie związane z energią odnawialną stały się światowym centrum ich produkcji, mają kłopot, bo ruch Trumpa sprawił, że ceny spadają, a rynek się kurczy: Amerykanie zwolnili z zakupami, a konkurencja z Indii czy Wietnamu jest coraz mocniejsza. Cła ogłoszone wczoraj spowodują, że wszyscy ci producenci zaczną się bić między sobą o rynki pozaamerykańskie, czytaj – europejskie. Tylko, czy Europa jest w stanie to wszystko kupić? Wątpliwe. Na szczęście wyższa podaż skierowana na nasz kontynent powinna zaowocować spadkiem cen. To dobra wiadomość, ale nie dla Chin.

Dla Chin będzie to oznaczać zmniejszenie przychodów, a w połączeniu z już słabo spisującą się gospodarką, która nadal nie wydobyła się w pełni z kryzysu nieruchomościowego i covidowego, może to się przyczynić do wzbudzenia społecznego niezadowolenia. Bo chiński naród jest co prawda trzymany krótko, ale komunistyczne władze dbają o to, aby żyło mu się coraz lepiej. Kiedy tego elementu zabraknie, przewodniczący Xi może zacząć czuć się nieswojo. Nie, żeby od razu szykowała się jakaś rewolucja, co to to nie, ale jednak może się zdarzyć, że jakaś grupa towarzyszy będzie miała lepszy pomysł na kierowanie gospodarką. W socjalizmie takie zmiany się zdarzają. Co prawda do następnego zjazdu kompartii mamy jeszcze dwa i pół roku, ale Chińczycy się nie spieszą. Być może zatem Trump osiągnie efekt osłabienia swojego największego wroga. Zobaczymy.

Co do Rosji to stoi ona obecnie na rozstajach. Trump nie uderzył w nią cłami, ale biorąc pod uwagę, że wymiana między dwoma krajami to nędzne 3,5 miliarda dolarów, nie bardzo jest w co uderzać. Natomiast zapowiedział kilka dni temu, że jeżeli Putin nie podporządkuje się żądaniu zawieszenia broni, to Ameryka uderzy naprawdę mocno. Nie cłami, bo to by nie wywołało żadnego efektu, tylko tzw. sankcjami wtórnymi, czyli cłami nakładanymi na tych, którzy kupują rosyjskie węglowodory. Jak to może wyglądać pokazała wczoraj grupa senatorów z obu partii, która przedstawiła projekt ustawy nakładającej na takie kraje cła w wysokości 500%. Trump może tu zagrać dobrego wujaszka i powiedzieć, że te cła to będzie “tylko” 400%, bo panowie senatorowie są nazbyt radykalni. Dobry pan. Wolno sądzić, że nerwowość, jaka się zaznaczyła w Europie po ogłoszeniu przez Biały Dom listy nowych taryf celnych częściowo jest związana z tym właśnie. Bo kraje takie, jak Francja i Niemcy (ale też Austria, Belgia, Słowacja i Węgry) nadal płacą Putinowi rocznie około 30 mld euro za węglowodory właśnie. Można to oczywiście zwalić na Orbana, ale amerykańskiej administracji to nie wzruszy.

W idealnym świecie Trumpa jest więc tak, że dzięki jego działaniom Chiny się osłabiają i zajmują problemami wewnętrznymi nie mając siły na ekspansję, Rosja podporządkowuje żądaniu zawieszenia broni i w ten sposób pokazuje siłę amerykańskiego prezydenta, a Europa kapituluje likwidując przepisy uderzające w amerykańskich gigantów technologicznych. Indie natomiast korzystają na osłabieniu Chin, kompensując sobie cła zwiększeniem eksportu. Dzięki temu, że Indie reagują spokojnie i są w gruncie rzeczy w obozie wygrywających możliwe jest uzgodnienie z Ameryką redukcji obciążeń handlowych i zaczyna się kształtować sojusz największego kraju świata z krajem najsilniejszym. To świat idealny.

Ponieważ jednak świat rzadko bywa idealny, trzeba sobie jasno powiedzieć, że wiele rzeczy może pójść nie tak. Po pierwsze Chiny, zamiast grzecznie pogrążyć się w kryzysie gospodarczym i chaosie wewnętrznym, mogą wywołać wojnę. Jak wiadomo wojna jest zawsze najlepszym sposobem na konsolidację społeczeństwa. Tajwan wydaje się oczywistym celem. Zdobycie Tajwanu zapewni przewodniczącemu Xi upragniony sukces, narodowi satysfakcję, a Stany Zjednoczone poważnie zrani. Po pierwsze ich prymat zostanie zakwestionowany i to niezależnie od wyniku starcia, po drugie straty wojenne uderzą w społeczeństwo (a scenariusze wojenne przewidują stratę co najmniej jednej lotniskowcowej grupy uderzeniowej i śmierć dziesięciu tysięcy żołnierzy), a po trzecie zasoby wojenne USA zostaną poważnie uszczuplone. Konsekwencji ewentualnego ataku na Tajwan jest oczywiście o wiele więcej, przede wszystkim gospodarczych, ale poprzestańmy na tych. Rosja mogłaby przy tym skorzystać z zaostrzenia sytuacji i przyłączyć się do Chin jako wierny sojusznik, jednocześnie wykorzystując odwrócenie uwagi Ameryki do rozprawienia się z Europą. Ten scenariusz jest tak wielowątkowy i tak potencjalnie tragiczny, że lepiej go nie kontynuować.  

Innym sposobem destabilizacji świata byłoby rozpętanie gigantycznej wojny handlowej na skalę globalną. Cła i inne bariery handlowe byłyby podnoszone w sposób nieskoordynowany, budowałyby się chwilowe sojusze, które byłyby prędko rozbijane, nastąpiłby niekontrolowany wzrost inflacji, od czasu do czasu wybuchałyby paniki rynkowe a presja spekulacyjna powodowałaby, że podmioty finansowe szukałyby wciąż  pretekstu do pompowania cen. Stany Zjednoczone zapewne wyszłyby z tego stosunkowo obronną ręką, ale nie znaczy to, że całkiem bez szwanku. Można przypuszczać, że ubocznym pozytywnym skutkiem tego chaosu byłoby porzucenie mrzonek o dojściu do zeroemisyjności, choć tam, gdzie władzę trzymają eko-dogmatycy nie jest to takie pewne. Myślę oczywiście o Europie. Takie starcie zdrowego rozsądku z dogmą to prosta droga do rozbicia społeczeństw na atomy. To jednak Trumpa niespecjalnie obchodzi, choć powinno, bo ten nowy pokawałkowany świat będzie jednak potrzebował sojuszy. I będą ich potrzebowali wszyscy - także Ameryka.

Jak to jednak w życiu bywa, zapewne nie zostanie zrealizowany ani scenariusz najbliższy sercu Wielkiego Negocjatora, ani też scenariusze najgorsze. Świat skończy gdzieś pośrodku. Czyli: wiele biznesów wyląduje w Ameryce, Chiny będą lawirować podobnie, jak Rosja, a Indie będą się starały na tym skorzystać stawiając wszystkim jak najtwardsze warunki. Europa natomiast wycofa się rakiem z części regulacji, jednocześnie uprawiając silny retoryczny antyamerykanizm, który będzie jej kompensował poczucie politycznej słabości. Ja jednak tradycyjnie przed antyamerykanizmem przestrzegam.

Wracam po siedmiu latach. Prowadzę podcast o nazwie Coistotne, dotyczący głównie spraw międzynarodowych. Mówię o groźbach nuklearnych, polityce klimatycznej, budowie europejskiego mocarstwa, wzroście potęgi Chin i amerykańskich kłopotach z własnym państwem, o wszystkim tym, co jest w naszym świecie istotne. Podcast jest dostępny na Youtube i Spotify, ukazuje się nieregularnie, ale przynajmniej raz w tygodniu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Polityka