Finansowanie partii politycznych z budżetu państwa jest cyklicznym tematem pojawiającym się w mediach co jakiś czas. Kilka dni temu pan Rafał Grupiński ponownie odgrzał kotleta: "Pytanie o to, czy finansować partie z budżetu powraca. My od początku byliśmy zwolennikami tego, aby nie finansować partii w ten sposób. Rozważamy ponowne wystąpienie o zniesienie tego finansowania". Pamiętamy. Był rok 2009, gdy pan Waldy Dzikowski deklarował złożenie projektu ustawy znoszących możliwość finansowania partii politycznych. Gdyby jednak dokładnie wczytać się w treść składanych projektów, to słowo "znoszących" należałoby zamienić na "zawieszających", ale kogo interesują takie szczegóły.
Ciekawostką w tej sprawie jest ubiegłotygodniowa wypowiedź pana Arkadiusza Mularczyka, szefa Klubu Solidarnej Polski. Powiedział, że "tymczasem warto zastanowić się nad doprecyzowaniem w ustawie, jak partie mogą dysponować pieniędzmi. Nie wykluczam, że przygotujemy stosowny projekt". Dziwne, że pan Mularczyk słowem nie pisnął o tym, że Solidarna Polska 19 lutego bieżącego roku złożyła projekt ustawy... o zmianie ustawy o partiach politycznych. Fakt - projekt ustawy był bardzo krótki - i być może dlatego umknął on pamięci pana Mularczyka. Przewidywał zaś... zawieszenie finansowania partii politycznych z budżetu do końca 2015 roku.
Zainteresowany treścią projektu złożonego przez Solidarną Polskę sięgnąłem do wiarygodnego źródła - internetowej strony Sejmu RP. Owszem, znalazłem odnośnik do druku 1382. Klikając w link sądziłem, że oczom moim ukaże się stosowny dokument. Myliłem się. Ukazało się nic. Oczywiście to tylko niefortunny zbieg okoliczności...
Podobno jeśli czegoś nie ma w Internecie, to nie istnieje w rzeczywistości. Przy pomocy wujka Google znalazłem poszukiwany dokument, choć nie wiem dlaczego akurat nie tam, gdzie być powinien. Dokument jak dokument. Nic szczególnego - po art. 60 dodaje się art. 60a w brzmieniu (i tutaj następuje znane nam od lat proponowane brzmienie).
Rzeczą, na którą zwróciłem szczególną uwagę w wypowiedziach medialnych polityków, jest motywacja popierania lub niepopierania wszelkich projektów ograniczających finansowanie partii politycznych dotacjami z budżetu. Szczególnie niepopierający mają wyjątkowo interesujące pobudki...
"Brak finansowania partii z budżetu, to finansowanie partii przez biznes i zagrożenie kolejnymi aferami hazardowymi" - powiedział pan Krzysztof Kosińskie z PSL. Zawtórował mu pan Joachim Brudziński z PiS: "Pozbawienie partii politycznych finansowania z budżetu państwa, to powrót do sytuacji, w której partie będą finansowane przez różnych Rychów, Zdzichów, a transfery pieniędzy będą się odbywały przy okazji różnego rodzaju spotkań na cmentarzach". Obu panów poparł pan Dariusz Joński z SLD: "Jeśli subwencja budżetowa zostałaby zlikwidowana, to rozumiem, że wtedy partie mogłyby liczyć jedynie na wpłaty od osób fizycznych i prawnych, a w ten sposób mogłoby dochodzić do nadużyć".
Po przeczytaniu tych wypowiedzi zastanawiam się, w jakim kraju żyję. Jak to możliwe, że wybrani przez "przypadkowe społeczeństwo" przedstawiciele są tak bardzo podatni na korupcję...? Czy rzeczywiście ci najczystszy z najczystszych są tak skorzy do nadużyć...? Czy czasem zgoda na dalsze otrzymywanie dotacji nie jest wymuszeniem rozbójniczym: płaćcie nam, albo będziemy nadużywać...?
Istniejący w Polsce porządek prawny daje partiom politycznym nie tylko wielkie możliwości, ale wręcz monopolizuje na ich rzecz całą działalność prawotwórczą i decyzyjną. Pan Przeciętny Kowalski nie może zostać posłem albo radnym, nie może zostać starostą lub prezydentem miasta. To jest niewykonalne choćby ze względu na zapisy w ordynacjach wyborczych. Nawet gdyby był najbardziej kompetentnym i uczciwym Polakiem, aby móc decydować w imieniu obywateli musiałby stać się członkiem jakiejś partii. Działając samotnie nie ma żadnych możliwości, chyba że zechce zostać prezydentem albo senatorem. Nie może też liczyć na żadne dotacje...
W Polsce rządzi tzw. klasa polityczna, jak wynika z powyższych wypowiedzi - podatna na korupcję i nadużycia. Klasa ta kształtuje prawo tak, aby móc się utrzymać u władzy. Cóż, na taki stan rzeczy zgadza się zdecydowana większość społeczeństwa uczestnicząc w różnych wyborach. Ta większość akceptuje fakt, że decyzje będą podejmowane przez polityków, a nie specjalistów w danej dziedzinie. Dla mnie to dziwny wybór, ale ja nie mam tu nic do gadania.
Z uwagą będę śledził kolejne publikacje o finansowaniu partii politycznych. Nie uwierzę, że jakakolwiek decyzja będzie pro publico bono. Dotacje są tylko narzędziem w walce jednego polityka z drugim politykiem o to, kto będzie miał więcej władzy. No i są narzędziem wspólnego frontu polityków w walce z obywatelami o to, kto będzie miał monopol na władzę...
Inne tematy w dziale Polityka