Często bywałem w Kosowie Lackim. Miałem tam dziadków, rodzinę i sporo znajomych. Kosów Lacki to małe miasteczko blisko Treblinki, zamieszkałe przed wojną w dużej części przez społeczność żydowską. W Treblince przed wojną była duża państwowa kopalnia żwiru z dyrekcją w Lublinie. W czasie wojny Niemcy wpadli na pomysł, aby zrobić tam obóz karny dla Polaków zalegających z kontyngentami, czyli obowiązkowymi dostawami żywności dla niemieckiego wojska, oraz drobnych rzezimieszków, aby w ten sposób pozyskać darmowych pracowników owej kopalni. Obóz zagłady dla Żydów w tym miejscu, to późniejsza historia charakterystyczna zresztą dla większości historii obozów na terenie Polski.
Ten akapit powinien być na końcu, jako podsumowanie, ale wiem, że czasy takie, gdzie większość czytelników ogranicza się do tytułu i kilku wersów, więc umieszczam go tutaj. Zastanawiałem się długo, jak zapewne wielu innych, jakim cudem po okropnościach wojny, po tragedii, jaką narodowi żydowskiemu zafundowali niemieccy oprawcy, recenzenci tamtych wydarzeń są tak wyrozumiali dla Niemców i jednocześnie mają za nic narażanie życia wielkiej rzeszy Polaków, którzy kosztem swoim i swoich rodzin ratowali ich przodków przed śmiercią. Tego się naprawdę nie da zrozumieć. Niektórzy próbowali tłumaczyć to tym, że Niemcy po wojnie zapłacili stronie żydowskiej ogromne odszkodowania i tym ukoili ich ból. Trudno w takie tłumaczenie uwierzyć.
Zastanawiało mnie zwłaszcza, co okazało się później powodem olśnienia, że najbardziej zagorzałymi oskarżycielami narodu polskiego nie są osoby, których bezpośrednio dotknęło barbarzyństwo niemieckiego okupanta, ale właśnie potomkowie cudem ocalonych przez polskie rodziny. Proszę sprawdzić, że to jest reguła. To dotyczy choćby Jerzego Kosińskiego, Jana Tomasza Grossa, czy Bronisława Geremka i wielu, wielu innych. Powód jest banalnie prosty. Ci Żydzi, którzy zetknęli się z Niemcami w czasie wojny od początku 42 roku, czyli po zatwierdzeniu planu "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej" nie mieli prawa żyć dalej i w tej grupie odsetek świadków tamtych wydarzeń jest znikomy.
Nieliczni, którym udało się zbiec na początku represji, lub zawdzięczają życie niemieckiemu "łaskawcy" za potężną łapówkę też przecież nie mają, aż tak traumatycznych wspomnień. Istnieje za to bardzo duża grupa ocalonych, którzy miesiącami, lub całymi latami musieli znosić trudy życia w potwornych warunkach i ten okres automatycznie nie kojarzy im się z niemieckim najeźdźcą, którego okrucieństwa praktycznie nie zaznali, tylko z tymi, którzy im te warunki bezpośrednio stworzyli. Swoje fobie, frustracje i wściekłość przekazali potomkom, stąd dziś mamy obecną sytuację.
Cdn.
W następnej części postaram się opisać jedną z takich historii, związanych właśnie z okolicami Kosowa Lackiego. Pamiętajmy, że wtedy nie było wiadomo, czy wojna potrwa jeszcze tylko kilka miesięcy, czy może wiele lat i na jak długo podejmujemy się udzielić tej pomocy. Wiadomo było za to, bo byliśmy jedynym krajem, gdzie takie prawo obowiązywało, że za jakąkolwiek pomoc udzieloną Żydom w każdej z tych chwil groziła śmierć całej naszej rodzinie. Wiadomo było jeszcze jedno, że jeśli raz podjęliśmy decyzję, to już nie można było nigdy jej zmienić. To musiała być pomoc do samego końca. Wielokrotnie przechwyceni błąkający się ocaleni zdradzali swych wybawców, dzięki którym przetrwali, a to oznaczało tylko jedno, śmierć całych rodzin.
Inne tematy w dziale Polityka