W Polsce nie ma rozróżnienia w rodzaju Christmas carols - Christmas songs (na Wikipedii obydwa hasła przekierowują do „kolęda"). W czasie adwentu nie ma czym cieszyć ucha. Trzeba albo importować, albo od razu wrzucić „Przybieżeli..." czy „Hej, w dzień narodzenia...".
Kolędy, w przeciwieństwie do christmasów, mają zasadniczą wadę - krótki okres przydatności. Takie, na przykład, „Dzisiaj w Betlejem". Does what it says on the box - wiadomo, co chodzi. Gdzie? W Betlejem. Kiedy? Dzisiaj! Aż głupio słuchać takiej piosenki na miesiąc przed Bożym Narodzeniem.
Tymczasem zachodnie standardy mają więcej uniwersalnego ciepła, są niezobowiązujące i przytulne, słowem - sezonowe. Choćby już dziś, bez wyrzutów sumienia, można sobie zapodać „I'll be home for Christmas", gdzie tekst streszcza się do: „Fajnie jest zimą..." - „No..." - „Ty, a teraz zaraz będą święta, nie?" - „A, jaha!".
Dziś Mikołajki, więc nadszedł dobry moment, żeby zacząć ugwiazdkowianie, czy też dobożonarodzeniowianie nastroju. Zanim (w kolejnych odsłonach) pojadę repertuarem daleko na zachód - proponuję jedno z „naszych", polskich rozwiązań.
Problem dotyczący całego dorobku Olgi Lipińskiej - jej spektakle są skrajne: albo ostre, gęste, pomysłowe, roziskrzone humorem - albo (częściej) grafomańskie, pełne pieniactwa, żenującego slapsticku i protekcjonalnych morałów. Wiele ludzi kojarzy p. Lipińską jako „tę przebrzmiałą", ewentualnie „tę nieśmieszną" (to są, rzecz jasna, eufemizmy). Nieśmiało chciałbym przypomnieć, że pani reżyser zdarzało się robić rzeczy... no, co najmniej dobre.
W pierwszej połowie lat 70. powstawał program „Gallux Show". Jak wszyscy nie wiedzą, uświetniały go występy dwóch eksportowych zespołów PRL. Obydwa nieprzerwanie odbywały „ogólnoświatowe tournee", obydwu w ostatniej chwili udawało się dotrzeć na estradę. Mowa o girlsbandzie „Siostry Sisters" (duet Barbary Wrzesińskiej i Krystyny Sienkiewicz) oraz boysbandzie „Moja Faja". Na ten ostatni składali się Wojciech Pokora, Piotr Fronczewski i Marian Kociniak. Warto tu przypomnieć, że obsada całego programu zawierała inne ciekawe nazwiska, m.in. Krafftówna, Kobuszewski, Łazuka, Leśniak, Zaorski, Laskowik (!), Pracz, Stanisławski.
W Internecie można znaleźć tylko dwa fragmenty „Gallux Show" (1, 2) - obydwa przedstawiają Jana Kobuszewskiego z jego wspaniałym wykonaniem Gałczyńskich „Piosenek naczelnika wydziału grobownictwa" (w aranżacji Pani Olga pozostawiła nawet sporządzone przez poetę przypisy). Te ścinki oraz przelotna wzmianka w Wikipedii - to wszystko, co udało mi się znaleźć...
Internet nie chce przyjść do Nowaka - Nowak przyjdzie do Interneta.
Na szczęście, niektóre odcinki „Gallux Show" zachowały się u mojego Ojca, w domowych archiwach. Są to nagrania bez wizji, magnetofonowe - ale zawsze coś.
Na potrzeby tej notatki przysiadłem i zdigitalizowałem (przecyfrałem?) taśmę zatytułowaną „Sylwester 1973". Wybrałem ten program, ponieważ Moja Faja odśpiewała w nim szlagier, który darzę szczenięcym sentymentem - a spełnia on wszelkie wymogi stawiane christmasom - nawiązuje do zimy i Świąt. Zawiera wzmianki o miłości i ukochanej - nawet zainstalowano w nim apel o pokój na świecie. A zatem (przynajmniej na płaszczyźnie merytorycznej) mamy do czynienia z prototypem Lennonowego „Happy X-mas".
Kiedy śnieżek z nieba „bul, bul, bul"
Ulepimy setkę białych kul (kul, kul)
I będziemy biegać pośród pól (pól, pól)
Zapomnimy zeszłoroczny ból (ból, ból)
Rzuć we mnie bombką, moja gołąbko
Rzuć bombką, gołąbko - rzuć
Rzuć, rzuć śnieżyną, moja ptaszyno
Rzuć, rzuć, rzuć, rzuć, rzuć, rzuć
Rzuć we mnie kulą, moja brzydulo
Rzuć kulą, brzydulo - rzuć
Kiedy imperializm szerzy się
Wróg na wroga szczerzy się (ę, ę)
Gdy cyniczne zyski wchodzę w grę (grę, grę)
To na jedno miejcie, bracia, wzgląd (ąd, ąd)
Że nadeszła właśnie pora Świąt (ąt, ąt)
Nie rzucaj bombką, moja gołąbko
Nie, nie, nie, nie, nie, nie!
Nie rzucaj kulą, moja brzydulo
Nie, nie, nie, nie, nie, nie!
Rzucaj śnieżyną - śnieżyną, ptaszyno
Ptaszyno, śnieżyną (x2)
Łódź, 6 XII 2008
Inne tematy w dziale Kultura