Dziś będzie notatka multimedialna. Pierwsza na tę skalę, więc nie jestem pewien, czy się uda. No, zobaczymy. Trzymajcie kciuki.
Są cztery powiedzonka, których nadużywam - raczej myślą, niż słowem. To znaczy, gdybym zaczął ich używać na co dzień, paszczą - pewnie popadłbym w nałóg. A zatem: mowa tutaj o powiedzonkach, których nie wypowiadam, czyli niewypowiedzonkach, a raczej niepowiedzonkach... czy ja jestem komunikatywny?
Moje niepowiedzonka łączą się z cytatami - podstawowe konotacje i proweniencję wykładam poniżej.
kajnda obwies
Powiedzonko pierwsze pochodzi z angielszczyzny - zyskuje przy topornym, fone- tycznym spolszczeniu - idealnie pasuje do skomentowania oczywistości - takiej, o której nawet nie trzeba czytać. Innymi słowy: oczywistości, którą każdy może sobie wydedukować, wyindukować na drodze chałupniczej refleksji.
Przykładowe użycie:
- Emmerich to jednak kijowy reżyser...
- Wiesz, to już od początku było kajnda obwies.
To strrasznie fajnie...
Tutaj podeprę się samplem. Mam na myśli konkretną intonację użytą przez Maćka Stuhra w „Chłopaki nie płaczą". Takim tekstem najlepiej pointuje się nudne, głupie wywody. Albo takie, których w ogóle nie chce się słuchać. „Strrasznie fajnie" jest gorzko-nihilistyczno-olewcze i znakomicie się sprawdza.
Przykładowe użycie:
- Polska może być drugą Irlandią!
- To strrasznie fajnie...
BZDURY i jeszcze raz BZDURY!
Tego nie umiem należycie zaintonować. Potrzebny jest baryton o głębokim brzmieniu. Oryginał pochodzi z „Rodziny Poszepszyńskich", a wypowiada go Piotr Fronczewski. Nie wiem, skąd się bierze jego super-głos - chyba gdzieś spod płuc, z żołądka, albo jeszcze gorzej. Fraza doskonale podkreśla agresywną, stanowczą i arbitralną negację.
Przykładowe użycie:
- Judith Butler w przełomowy sposób dekonstruuje pojęcia „kobiecości" i „męskości", wskazując na ich wieloznaczność i rozmycie. Jej refleksje nad ciałem i płcią stały się impulsem do prawdziwej rewolucji w poststrukturalnym feministycznym dyskursie...
- BZDURY i jeszcze raz BZDURY!
Fuckin' daaah!
Żaden ze mnie językoznawca, ale napomknę o etymologii, bo to ciekawe. W różnych bondowych i niebondowych filmach, sowieci spiczowali po angielsku, tyle że z ruskim akcentem. Niemniej jednak, często mówili да, zamiast yes. Ostatecznie u Anglosasów pojawiło się zapożyczone dah - jako rodzaj ironicznego potwierdzenia. Taki wywód można znaleźć m.in. na www.UrbanDictionary.com - nie jest to jakieś wybitnie wiarygodne źródło, ale opisane pochodzenie wydaje mi się całkiem prawdopodobne. W każdym razie, dah funkcjonuje dziś jako młokosowy odpowiednik siuśmajtkowego hell-O.
„Fuckin' daaah!" to hiperbola. Jest bliskoznaczna do „kajnda obwies", ale pobrzmiewa desperacją. Na przykład, kiedy człowiek zetknie się z czymś totalnie oczywistym, absolutnie aksjomatycznym, niebotycznie elementarnym - ale wypowiedzianym jako prawda objawiona.
Przykładowe użycie:
- Nowak, chyba nie miałeś pomysłu na dzisiejszą notkę.
- Fuckin' daaah!
[Poniższy fragment może być trochę nieczytelny.
Rzecz pochodzi ze znakomitego stendapu Robina Williamsa,
„Live on Broadway". Wspomniana Miss Cleo to wróżka
i gwiazda amerykańskiej telewizji.]
Łódź, 18 XI 2008
Inne tematy w dziale Kultura