Różne sztuka zna sposoby,
by dogodzić swoim synom,
więc stworzyła żeńskie snoby
na pożytek kabotynom.
(Boy)
Otwarcie ms2 nie było „moim" eventem (znaczy „takim dla mnie"), ale sprowokowało kilka ciekawych zdarzeń. Wspominam o nich w ramach prywatyzacji niniejszego kanału. Ta prywatyzacja (jak każda) nie zawsze przynosi zamierzone efekty - ale, cóż, kto nie ryzykuje, ten nie je (kto nie pije, ten donosi; kto rano wstaje, ten leje jak z cebra).
Było przyjemnie. Atmosfera oscylowała między niegroźnym snobizmem a towarzyskim ciepełkiem. Ten pierwszy daje się opisać za pomocą takiego incydentu:
Stałem przed jakimś awangardowym płótnem (mniejsza o to, czy było nabite gwoździami czy poszarpane zębami artysty) - po chwili obok mnie zjawiło się młode małżeństwo. Najwyraźniej dzieło przypadło im do gustu, bo jak na komendę obydwoje wyciągnęli iPhony, pomajdrowali i zaczęli fotografować obraz.
To jakaś dziwaczna forma obcowania ze sztuką. Niektórym ludziom muzeum oferuje przede wszystkim kolekcję gratisowych tapet do telefonu. Jestem ostrożny w stosunku do sontagistów - ale opisane zachowanie faktycznie ma w sobie coś z „przywłaszczania". Wydaje mi się to całkiem naturalne - tyle że... trochę nie na miejscu. Groszowy snobizm.
Super-powiedzonko, które stosował Cz.-senior: „potęga zajoba w człowieku nie zna granic".
Drugi element, tzn. towarzyskie ciepełko, przeważał. Ludzie spotykali się tu i ówdzie, gawędzili - było przyjemnie i przytulnie (czasem nawet dosłownie). Spotkałem J. - zastanawiałem się, czy go nie uraziłem tutejszym wpisem (bo, fakt, moja publiczna odpowiedź była trochę niefair) - jednak przywitaliśmy się sympatycznie. Dopiero potem wytarł o mnie ręce.
W muzeum są dwie windy: pierwsza była wyłączona z użytku (siedział w niej zaaferowany technik); druga wjechała na piętro - i tam już została.
Razem z B. dorobiliśmy do tego alegorię. Drugą windę nazwaliśmy „Socjalizm" - podciągnęła się na piętro, ale dalej nie pojedzie. Pierwsza winda została ochrzczona jako „Kapitalizm" - jeszcze przy niej grzebią, ale wkrótce ruszy na szczyt.
Rzeczywistość zweryfikowana naszą metaforę. Pół godziny później „Kapitalizm" ani drgnął, nadal reperowany. „Socjalizm" ruszył - ale w dół. :-)
Cóż jeszcze? Uświadomiono mi, że czerniawy dziwak-kurdupel, na którego stale natykam się w nocnym autobusie N1, to - shame on me - sławny Wiktor Skok. Podczas afterparty wykonywał jakieś skrecze. Z jego punktu widzenia, musiała to być fucha gorsza od grania do kotleta. Impreza odbywała się w pofabrycznej, surowej hali - a audytorium dzieliło się na tych, którzy gadali gdzieś po kątach - i na tych, którzy stali w dwudziestometrowej kolejce po darmowe piwo (w tym miejscu pragnę podziękować Organizatorce i Dwóm Organizatorom, którzy umożliwili mi wepchnięcie się na salę w pierwszej kolejności i dostęp do dziewiczej beczułki).
PS Motto cytowałem z pamięci, więc głowy nie dam, że tak to wygląda u Żeleńskiego.
Łódź, 22 XI 2008
Inne tematy w dziale Kultura