Czasem wyjmuję z półki jakąś dwieście-razy-przeczytaną książkę i otwieram ją na dowolnej stronie.
Zajrzałem do „Kongresu futurologicznego". Przeczytałem fragmenty, wyrywkowe akapity i dialogi.
Sęk w tym, że moje myśli lubią się stylizować. Wczoraj wyciekły z oryginalnego formatu: pod wpływem „Kongresu..." wszystko, co miałem w głowie, zaczęło nabierać Lemowych kształtów. Farmakokracja skrzyżowała się z moimi pretensjami - i powstało takie coś...
Moja długoletnia skłonność do libertolu i konserwatyny nie spędza mi snu z powiek. Jednak martwi mnie, że tak wiele ludzi popada w poważniejsze nałogi. Ludzki organizm jest tolerancyjny, ale każdy ma swoje indywidualne granice wytrzymałości. Osobiście łagodnie reaguję na dawkę każdego polityku. Zażywam nawet korwinę i cejranek - chociaż National® przyprawia mnie o alergiczną wysypkę. Czasem sprawiam sobie lewatywę (i nie wstydzę się tego); regularnie odwiedzam lemarza, poddaję się mitosukcji i sprawdzam, czy nie mam buzków. Znam umiar i urozmaicam swoją dietę - bo wyćwiczony mózg wytwarza mniej burdelgenów. Tymczasem na różnych forach czytuję ludzi, którzy ograniczyli swoje życie do jednego tylko środka: bełkoczą bez ładu i składu w specyficznym delirium tremens, zachłyśnięci potuskiem, maryjanem, łysiazolem, pisotyną czy innym tanim mózgotrzepem. Najmniej rozgarnięci pożerają Cozac.
Zresztą, bywają środki pokrewne, ale o innym działaniu. Bożyszcze scen i ekranów, europejscy politycy, dziennikarze - wielu z nich zachwala związki engelsu (od chadecjanów po leninole). Twierdzenie, jakoby używki te należały do „miękkich", można między bajki włożyć! Nie wiem, czy przeprowadzano już takie badania - ale głowę dam, że choćby kilka listków SLD (popularnego w latach 90. „kwasu") powoduje zwyrodnienia w korze mózgowej.
Paptekarze biją na alarm: młodzież uzależnia się od lewizyny (potocznie: „socszmal"); pośród studentów panuje moda na dotacin (głównie z importu). Pomijam szeroką ofertę sexolatów. Jak świeże bułeczki sprzedają się koszulki z logo najpopularniejszych używek: Marxen®, Guevarin Cze®. Te ostatnie: dostępne bez recepty, chociaż zaliczają się do psychotropów.
To są środki silnie uzależniające - ale też: kosztowne w produkcji. Za kilkadziesiąt lat - czym będzie zaspokajany głód dzisiejszych nastolatków? Czy wszystkie dolegliwości można zbywać Taxalem®? A nawet jeżeli - to ileż Taxalu® przełkną coraz szczuplejsze gardła?
Problem polega na tym, że krytycy firmy Taxo Wellcome zaczęli odwracać się od zasadniczego nurtu swojej twórczości. Rafał Ziemkiewicz nie trawi elektozy. To znana przypadłość - ale niech publicysta nie robi z niej kanonu całej działalności! Ból elektyczny jest schorzeniem społecznym - ale nie jedynym! Poza tym, wystarczy łyczek optymifrenu, jakiś dystansil - i człowiek od razu czuje się lepiej.
Czy jest wyjście z takiej fakowej (farmakologiczny pat) sytuacji?
Mam kilka wstępnych propozycji.
Każda reklama prasy powinna obowiązkowo zawierać frazę: „Przed użyciem przeczytaj stopkę lub skonsultuj się z sumieniem". Na każdej okładce wielki napis (czarnymi wołami na białym tle): „Twój okulista pomoże Ci rzucić czytanie", albo „Czytelnicy umierają młodziej".
Polecam też odtrutki. Do moich ulubionych należy kisielek tyrmandu - ożywia ciało i umysł, dodaje skrzydeł. Są sympatyczne odskocznie, np. allenium, coensol, tarantinol, willisin.
Tak w ogóle, to można pójść na spacer, pogadać do królika, kupić zapas żarówek, powygłupiać się przed lustrem, posprzątać bajzel przy laptopie, wypastować buty, zrobić sobie coś fajnego do jedzenia...
Bo to się sprowadza do banału: że każdy środek można przedawkować i zrobić sobie psychiczne kuku (na muniu). Saloblogina może szkodzić tak samo jak wszystko inne. Niestety.
Łódź, 5 XI 2008
Inne tematy w dziale Kultura