35 osób rannych, nie żyje kobieta i dwóch policjantów - to bilans ataku 20-letniego kierowcy, który w Charlottesville wjechał w demonstrujących. Zamach był wymierzony w lewicę.
Mężczyzna został natychmiast po incydencie zatrzymany przez policję. W mieście w sobotę odbywał się wiec "białych nacjonalistów", którzy protestują przeciwko usunięciu pomnika generała Roberta E. Lee. Lee był dowódcą konfederatów w czasie wojny secesyjnej. Hasłem przewodnim demonstracji było "zjednoczyć prawicę".
Kierowca wjechał w Charlottesville głównie w lewicowych działaczy. Wybuchła panika, ludzie zaczęli uciekać z miejsca zdarzenia. Wcześniej uczestnicy wiecu i kontrmanifestanci pobili się, doszło do gwałtownych starć. W bójkach rannych zostało 15 osób. W Charlottesville wprowadzono stan wyjątkowy.
Zobacz, jak kierowca staranował demonstrujących w Charlottesville
Donald Trump przebywa na urlopie w New Jersey, ale skomentował zamach i zamieszki przed wjechaniem przez 20-latka w tłum.
- W Ameryce nie ma miejsca na przemoc - stwierdził amerykański prezydent. - Śledzimy przerażające wydarzenia w tym mieście. Zdecydowanie potępiamy te przejawy nienawiści, bigoterii i przemocy z wielu stron - dodał. Zapowiedział również "szybkie przywrócenie prawa i porządku" w Charlottesville.
Wśród 35 osób rannych, 5 jest w stanie krytycznym. Zmarło dwóch policjantów, którzy nie przeżyli katastrofy śmigłowca - udzielali wsparcia z powietrza w mieście. Z niewyjaśnionych przyczyn maszyna runęła na ziemię. Nie ma oficjalnego komunikatu, czy katastrofa ma związek z zamieszkami w Charlottesville.
Źródło: PAP
GW
© Artykuł jest chroniony prawem autorskim. Wykorzystanie tylko pod warunkiem podania linkującego źródła.
Inne tematy w dziale Polityka